• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Polsko-białoruski lot wiary

    Dominika Szczawińska-Ziemba

    |

    Gość Katowicki 33/2015

    dodane 13.08.2015 00:00

    – Jak się dogadamy? – pytam ojca Krzysztofa. Patrzy ze zdziwieniem. – Przecież przyjedziecie do Polski z trzydziestką dzieci – tłumaczę. Proboszcz bagatelizuje moje obawy: – Ja nawet nie wiem, w jakim języku rozmawiamy u nas w klasztorze w Witebsku.

    Krzysztof Kocjan OP, proboszcz witebskiej parafii św. Barbary, pochodzi z Katowic. W klasztorze pracuje ze współbraćmi dominikanami z Białorusi. Wśród jego parafian znajdziemy ludzi o polskich korzeniach, ale nasz język jest im obcy. – Raz zdarzyło się – ojciec Krzysztof rozmowę o przygotowaniu letnich wakacji dla dzieci z Białorusi przerywa anegdotą – że przygotowywałem do sakramentu małżeństwa młodych ludzi. Pytam, jak się modlą. On odpowiada, że własnymi słowami, ona, że odmawia Różaniec. W jakim języku? Nie wiedziała. Proszę, żeby się pomodliła, i słyszę: „Zdrowaś Maryjo” po polsku. Kobieta nie wiedziała, co mówi. Tak nauczyła ją babcia i tak codziennie się modliła. W języku elfów – śmieje się ojciec Krzysztof. Bo wiara na Białorusi często jest magiczna. Tak traktują modlitwy, sakramenty, kościelne zwyczaje. Obok tego zabobony, czary, przesądy.

    Muszyńska trasianka

    Duszpasterze mają co robić. Do tego dochodzą rozbite rodziny, samotne matki, odchodzący z domów ojcowie, kryzys. Ojciec Krzysztof wymienia codzienne problemy po to, byśmy my, rodziny z Katowic, wiedzieli, z kim nas odwiedzi. – Chcę wam przedstawić moją rodzinę. Pokochałem tę parafię, te dzieci.

    Nie jestem w Witebsku na misjach, tylko w domu. Obóz odbył się w Muszynie. To piękne miejsce również dlatego, że tam znaleźli się ludzie, którzy odpowiedzieli na prośbę o pomoc w organizacji wypoczynku dla dzieci. – Modliliśmy się, by Pan Bóg sam poprowadził ten obóz, by pomógł nam pokonać różne problemy, choćby te z finansami – mówi Agata Głąb, współorganizatorka wyjazdu. Dzień po tej modlitwie zadzwonili, żeby ustalić koszty pobytu dla całej grupy. Właścicielka ośrodka wypoczynkowego przerwała rozmowę: „Zapłacicie połowę ceny, zapraszam!”. To był pierwszy znak. Osób, organizacji, firm, które zaangażowały się w pomoc, było wiele. Dzięki ich hojności w miejsce lęku, czy starczy na wszystko, pojawiło się pytanie, co zrobić z tym, co zostało. Odpowiedź przyszła szybko. Pieniądze przekazano drugiej parafialnej grupie, która również w lipcu odwiedziła Polskę. Kiedy pierwszego dnia pod drewnianą wiatą nad górskim strumykiem rozpoczęła się Eucharystia, wszyscy usłyszeli przedziwny język. Białoruski, rosyjski, czy trasiankę – specyficzne połączenie tych dwóch. Oczywiście były też polski i język liturgii, znaków, melodie piosenek, gesty i ogrom życzliwości. Obawy, czy się dogadamy, zupełnie zniknęły. – Tego potrzebowałam – przyznaje Alesia Wajciahowich, absolwentka pedagogiki i katechetka. Mowa o nocnej modlitwie. Codziennie wieczorem obozowa kadra spotykała się na uwielbieniu. Polscy przyjaciele ojca Krzysztofa to rodziny zaangażowane w Domu Modlitwy Katowice 24/7. – Od wielu lat Pan Bóg pociąga nas do modlitwy – mówi Krzysztof Mikulski, jeden z nich. – To, co chcemy robić i do czego chcemy zapraszać innych, to oddawanie Bogu chwały, uwielbienie i wstawiennictwo. Domy modlitwy powstają w wielu polskich miastach. I wygląda na to, że podobne duchowe poruszenie ma miejsce na Białorusi. Pragnienie, by modlitwa była centrum życia, jeszcze bardziej zbliżyło członków obozu.

    Cpasiba za wsio

    Oprócz uczestniczenia w wakacyjnych atrakcjach, wędrówkach po górach, wycieczkach, kąpielach, spływach pontonami, dzieci zostały zaproszone do lotu. Pierwsze zajęcia wyglądały jak lekcja biologii. Dwunastoletnia Marta Mikulska z powagą tłumaczyła swoim rówieśnikom, jak zbudowane są skrzydła orła. Po co te anatomiczne szczegóły? Dlaczego mamy zapamiętać, że orzeł mógłby przeczytać tytuł w gazecie z odległości 500 metrów, że lata z prędkością 160 km/h, a gdy pikuje, osiąga nawet prędkość 320 km/h? – W Piśmie Świętym czytamy, że Bóg jest jak orzeł – wyjaśnia Ania Mikulska, mama Marty, i cytuje: „Jak orzeł, co gniazdo swoje ochrania, nad pisklętami swoimi krąży, rozwija swe skrzydła i bierze je, na sobie samym je nosi...” (Pwt 32,11). Na obozie codziennie przez zabawę, zajęcia plastyczne, teatralne, studium biblijne i modlitwę dzieci i dorośli odczytywali wezwanie do bycia orłem. Zmęczeni i szczęśliwi. Polacy i Białorusini przekrzykują się w podziękowaniach. Tu każdy coś dostał, każdy ma za co dziękować. – Ileż nauczyły nas dzieciaki – mówią Agata i Tomek Głąbowie. – Ich szczerość, chęć do współpracy, otwartość... Agata jest pedagogiem. – Porównujesz dzieci, z którymi pracujesz w szkole w Katowicach, z dziećmi z Witebska? Uśmiecha się zakłopotana. – Trochę tak. Gdyby udało się zarazić od naszych gości entuzjazmem, ciekawością i życzliwością wobec innych, może mniej dzieci byłoby ciągle znudzonych i niezadowolonych. Ojciec Krzysztof przypomina mi przy pożegnaniu wiosenną rozmowę w studiu Radia eM w Katowicach. – Mówiłem, że mam tremę, że gdzieś w środku boję się, czy wszystko się uda. Ja nie jestem dobrym organizatorem, ja tylko wiedziałem, że to może być coś wspaniałego... A teraz widzę, że spotkała się moja rodzina, ta z Polski i ta z Białorusi. No cóż, tak to czasem bywa przed rodzinnymi spotkaniami.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół