• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • O miłość, dzieci i dobrą śmierć

    Joanna Juroszek, Przemysław Kucharczak

    |

    Gość Katowicki 32/2015

    dodane 06.08.2015 15:00

    W drodze. Szczególna była ta 70. pielgrzymka. M.in. ze względu na tragiczne wydarzenie: jeden z jej uczestników, 63-latek z Jejkowic, zmarł kilometr przed Jasną Górą.

    Jakie życie, taka śmierć, nie dziwi nic... Zmarły pan Krzysztof szedł na Jasną Górę już po raz 33. Czekała tam na niego żona z synem i wnukami. Kilometr przed sanktuarium Matki Jezusa, do której przez całe dorosłe życie chodził, źle się poczuł i stracił przytomność. Do reanimacji od razu przystąpił lekarz, pielgrzym tej samej grupy 2A. Dołączyli medycy Pielgrzymki Rybnickiej, szybko przyjechało pogotowie. Nie udało się go uratować. To był zawał. Ks. Marek Bernacki, kierownik Pielgrzymki Rybnickiej, interpretuje to tragiczne wydarzenie jako konkretną ofiarę 70. jubileuszowej pielgrzymki. – Modliliśmy się za niego i w apelu, i podczas czuwania, i w trakcie Mszy o północy. Umierał otoczony pielgrzymami. Zatrzymali się, modlili, modlił się nad nim też ks. Janusz Badura z Wodzisławia. Umierał niesiony modlitwą pielgrzymów – zapewnia ks. Bernacki. – Oczami wiary piękna śmierć, ale wiadomo, po ludzku patrząc, dramat – mówi. Ks. Janusz Badura udzielił panu Krzysztofowi również absolucji generalnej.

    Kamyki i... tort

    I jak tu nie patrzeć na nasze życie jako pielgrzymkę, przed której metą czeka nas śmierć, a na samym końcu wskrzeszenie przez Jezusa – naszego Pana i przyjaciela? Po drodze, jak w życiu, były i zmęczenie, i otarcia na stopach, i wesoły taniec pomimo tego wszystkiego. Naprawdę: na postojach, w rytm muzyki z głośników, pielgrzymi ze śmiechem pląsali w tańcu belgijskim czy hinduskim tunaku. Obowiązkowymi punktami programu były modlitwa i – w równie wielkiej dawce – śmiech. Jak w życiu – maszerujący spotykali się też z dziwnymi przejawami zewnętrznej agresji. W Gliwicach zostali np. obrzuceni drobnymi kamieniami. Ktoś był świadkiem, jak dwie kobiety na widok pielgrzymów, siedząc w knajpce przy drinku, zasłoniły twarze, mówiąc: „Boże, co za siara”. – Co by się stało z rzucającymi kamienie, gdyby to nie była pielgrzymka chrześcijan do Częstochowy, ale muzułmanów do Mekki? – pytali później na Facebooku pielgrzymi, zdziwieni tą agresją. Więcej rodaków reagowało jednak na pielgrzymów z życzliwością wprost niezwykłą. Jedna z przyjmujących ich kobiet przywitała pątników ogromnym tortem z wypisaną cyfrą „70” – bo to była jubileuszowa 70. Pielgrzymka Rybnicka. Ludzie wystawiali im na trasie zimne napoje, częstowali kawą.

    Czech prosi o wnuka

    Fascynujące były świadectwa samych pielgrzymów. Józef Falat z grupy 7, Czech z Karwiny, w zeszłym roku szedł prosić o wnuka. Jego córka Lucja, sekretarka burmistrza Pragi, z zięciem Lukasem, praskim policjantem, czekali na dziecko 12 lat. Mieli nawet skierowanie na sztuczne zapłodnienie. Zamiast jednak z niego skorzystać, zięć wybrał się z teściem na tę pielgrzymkę. – Tym razem zięć nie mógł pójść, bo musi się opiekować małą córeczką... Ema ma dwa miesiące, urodziła się 28 maja – mówił nam Józef Falat. Ema poczęła się naturalnie. Józef szedł podziękować i prosić... o kolejne wnuki. Na Pielgrzymkę Rybnicką zaprosiła ich w zeszłym roku fryzjerka jego żony, Kasia Pawełkiewicz z Wodzisławia, z którą serdecznie się zaprzyjaźnili.

    Pielgrzymkowe love

    Małgosia i Rafał Gruszkowie z Pszowa przed laty poznali się na pielgrzymce. Najpierw tylko ze sobą rozmawiali. – Rzuciła na mnie urok – śmieje się Rafał. Rok później znów spotkali się w drodze. Rozmawiali już więcej, a potem całą trasę przeszli już razem. Po ślubie znów pieszo wybrali się na Jasną Górę, następnie urodziła się Zosia, która wymusiła na nich pielgrzymkową przerwę. Teraz ma już sześć lat, więc wybrali się razem z nią, czasem podwożąc ją w wózku. – Dziękujemy za dary, za to, że mamy siebie, mamy kochającą rodzinę, pracę – mówili. Na Jasną Górę pielgrzymowali z nimi dwaj bracia Rafała, kierujący ruchem, oraz jego ojciec, pan Bercik. Wszyscy w grupie 1. Pan Bercik – Bernard Gruszka – pielgrzymował 31. raz. Mieszka w Rybniku. – Żona w 1978 r. wzięła mnie na próba. Czy się nadaję na męża. Trzydniowo to była pielgrzymka, bardzo dużo trudności było, ale doszedłem – przyznaje. – Musiałech tych egzaminów nie zaliczyć, bo w 1979 r. jeszcze powtórka miołech. I w 1979 r. ślub wzięliśmy. Potem urodzili się synowie: Grzegorz – dziś kieruje ruchem – i Rafał – mąż Małgosi. Żona pielgrzymować już nie mogła, a pan Bercik ruszył do Maryi dziękować za synów. – Tak dziękowałem Matce Boskiej Częstochowskiej, że mi dorzuciła jeszcze dwóch. Teraz mam czterech – śmieje się. Urodzili się Damian i Irek. Wszyscy, poza najmłodszym, który nie dostał urlopu, szli w tej pielgrzymce. Tym razem pan Bernard dziękował za całokształt: za zdrowie, za dwie wnuczki, za to, że wszystko idzie dobrze. Jak tłumaczy, szedł też po to, żeby naprzód coś wyprosić. Obszerna fotorelacja na katowice.gosc.pl

    «« | « | 1 | » | »»
    Brak tytułu

    Brak tytułu

    Gość Katowicki 32/2015 DODANE 06.08.2015

    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół