• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Bóg odhaczył wszystko z listy

    Przemysław Kucharczak

    |

    Gość Katowicki 29/2015

    dodane 16.07.2015 00:00

    Uczestnicy Pielgrzymki Rybnickiej. Po siedmiu latach Ewa i Łukasz rzucili wysoko płatną pracę w Szkocji i z dwojgiem małych dzieci... wrócili na Śląsk, gdzie nie mieli zatrudnienia.

    Nie mieli tu pracy nawet na oku. Wariactwo? To posłuchajcie tego: zamiast tej pracy od razu ostro szukać, najpierw, już tydzień po powrocie, poszli na Pielgrzymkę Rybnicką. Z polską rzeczywistością Ewa i Łukasz Szewczykowie zderzyli się tuż po przyjeździe ze Szkocji w 2012 roku. W rybnickim Urzędzie Pracy czekało w kolejce, w upale, mnóstwo ludzi. Ponieważ Ewie towarzyszyły 4,5-letnia Nadia i 2,5-letnia Milenka, nieuprzejma urzędniczka oświadczyła, że jej nie obsłuży. – Dzieci proszę sobie z opiekunką zostawić – pouczyła. – W Szkocji to normalne, że z dziećmi możesz przyjść wszędzie. Nawet kiedy szłam do lekarza, nieraz je zabierałam, a w gabinecie zawsze witały mnie uśmiechy – wspomina Ewa. Nie podupadli na duchu, ale ta sytuacja dała im do myślenia.

    W końcu jedna z urzędniczek zajęła się ich papierami, w których zobaczyła m.in. wysokość ich brytyjskich zarobków. – A dlaczego państwo wrócili? – zapytała, wyraźnie zszokowana. Właśnie, dlaczego?

    Zakochani w chmurach

    Ewa pochodzi z Rybnika, Łukasz spod Głogówka. Ona – ekonomistka, on – politolog. Poznali się w 2006 roku... w chmurach. Oboje pracowali wtedy w Szkocji. – Wracałem na święta do domu, była 9 wieczorem 19 grudnia. Wpadłem na lotnisko późno i bałem się, że nie zdążę. A przede mną stały dwie dziewczyny i strasznie się ociągały. Przepakowywały coś z bagażu zwykłego do podręcznego, żeby waga się zgadzała. Bardzo mnie zirytowały – wspomina Łukasz. Ponieważ stał w kolejce tuż za tymi dziewczynami, dostał numer fotela obok jednej z nich. – A że jestem z natury nieśmiały, chciałem założyć sobie słuchawki. Nie zdążyłem – śmieje się. Przegadali cały lot. Miło było, ale pewnie byłoby to ich jedyne spotkanie, gdyby nie to, że Ewa zaczekała na Łukasza przy bramie lotniska w Pyrzowicach. – Brat po mnie przyjechał, podrzucić cię do Katowic? – zapytała. Była noc, więc chętnie na to przystał. Zgadali się, że Ewa leci do Szkocji 5 stycznia, a Łukasz – 10 stycznia. – I pewnie to znów byłby koniec, gdyby nie następny „zbieg okoliczności”. Mój lot z 10 stycznia 2007 r. został odwołany. Dostałem do wyboru loty z 5 i 7 stycznia. Więc wybrałem ten z 5 stycznia, choć oznaczało to dla mnie skrócenie urlopu – mówi. Tym razem nie dostali miejsc obok siebie, ale pomógł następny „przypadek”, jakby ktoś prowadził ich ku sobie. W całym samolocie był tylko jeden wolny fotel: obok Łukasza. – Pokazałem go Ewie i zaprosiłem – wspomina.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół