• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Jak tsunami

    Przemysław Kucharczak

    |

    Gość Katowicki 27/2015

    dodane 02.07.2015 00:00

    Z aparatami tlenowymi na plecach ratownicy ledwie przeciskali się przez wyrobiska o wysokości 80 cm, które zmniejszały jeszcze wystające tu i ówdzie rury i pogięte żelastwo. Ratownicy, którzy znaleźli ciała górników na „Śląsku”, opowiedzieli o tym.

    Na kopalni „Wujek” Ruch „Śląsk” podsumowano najdłuższą i najtrudniejszą akcję w historii polskiego ratownictwa górniczego. Pięciu ratowników, którzy po prawie dwóch miesiącach akcji znaleźli ciała dwóch górników, opowiedziało dziennikarzom o swojej pracy. Temperatura w rejonie zawału przekraczała 40, a nawet 50 stopni Celsjusza. Wilgotność sięgała 90 procent. Wyrobiska o wysokości 80 cm, którymi się przeciskali ratownicy w czasie poszukiwania ofiar, przed tąpnięciem miały 3,5 metra wysokości.

    Jak tona trotylu

    – Wstrząs o energii 4¥10 do potęgi 9 J można porównać do wybuchu tony trotylu – komentował w czasie podsumowania prezes Katowickiego Holdingu Węglowego Zygmunt Łukaszczyk.

    Specjaliści pokazali dziennikarzom statystyki z ostatnich 30 lat. Nie widać w nich wstrząsów, które choćby zbliżyły się swoją siłą do tego z 18 kwietnia 2015 roku. Prezes Łukaszczyk porównał to tąpnięcie do podziemnego tsunami. Nie było to zwykłe załamanie się skał, ale ruch uskokowy, przesunięcie się skał.

    Po tym tąpnięciu śmierć ponieśli 44-letni ślusarz i 36-letni sztygar. Sztygar pracował w kopalni od ponad 3,5 roku, był żonaty. Ślusarz aż 24 lata i 10 miesięcy, był żonaty, miał jedną córkę.

    Aby do nich dotrzeć, wykonano odwiert ratowniczy z powierzchni, po raz pierwszy na świecie tak głęboki, sięgający 1054 metrów. W 2010 roku taki odwiert wydrążono także po katastrofie w kopalni w Chile, był jednak znacznie krótszy – miał 625 metrów.

    W Chile ratownicy starali się dowiercić do przestrzeni o powierzchni 50 metrów kwadratowych. Trafić udało się im dopiero po kilku nieudanych próbach. Tymczasem teraz na Śląsku wiertło trafiło za pierwszym razem, i to w obszar o powierzchni zaledwie... 6 metrów kwadratowych. To zasługa inżynierii geologiczno-górniczej najwyższej próby oraz innowacyjnej metody wiercenia – za pomocą tzw. silnika wgłębnego.

    Odwiert trafił w przestrzeń przy telefonie – bo 40 sekund przed tąpnięciem górnicy próbowali z niego dzwonić. Kamera spuszczona 1054 metry pod ziemię górników jednak nie dostrzegła. Nikt też nie odpowiedział na emitowane z głośników nawoływania ratowników.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół