• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Kromka chleba na potem

    Joanna Juroszek

    |

    Gość Katowicki 20/2015

    dodane 14.05.2015 00:00

    Pewna kobieta liczyła aborcje do 30. dziecka. Potem przestała... Obrona życia poczętego to jedno z podstawowych zadań s. Bernadetty Joanny Gratkowskiej.

    Pochodzi z diecezji przemyskiej, jest dominikanką i od ponad 20 lat – misjonarką. Miesiąc temu odwiedziła Chorzów. Dlaczego? Bo to właśnie chorzowski katolik dzieciom i młodzieży, z którymi na co dzień pracuje zakonnica, przesyła paczki z ubraniami. Na Syberię przyszło ich już ponad 20. Każda pokonała jakieś 7 tys. km. Misjonarka od 2000 r. pracuje w Rosji, w Ułan-Ude, stolicy Republiki Buriacji. Z jednej strony ma Bajkał, z drugiej – stepy. 200 km dalej jest już Mongolia. Zimy są bardzo długie i mroźne, lata – krótkie i upalne. – Śmiejemy się, że mamy osiem miesięcy zimy, a potem jest lato i lato – uśmiecha się.

    Mama przyjedzie

    Choć to ciągle Rosja, Buriaci i z urody, i z kultury to typowi Azjaci. Są albo chrześcijanami, przede wszystkim prawosławnymi, albo wyznają buddyzm, albo szamanizm; bardzo wielu z nich jest też ateistami. Siostra Bernadetta pracuje razem z dwiema siostrami, także z Polski. Ich parafia jest… wielkości Polski, a diecezja – 30 razy taka jak nasz kraj.

    Ewangelizacja odbywa się jednak metodą „jeden na jeden”. – Dla nas ważny jest każdy człowiek. Często są to ludzie zupełnie niewierzący czy buddyści, którzy przychodzą do kościoła tylko po to, żeby postawić świeczkę. Robią to, bo jakiś potomek był katolikiem i lama nakazał im zapalić świeczkę, żeby nie było problemów w rodzinie. Kiedy taka osoba przychodzi do kościoła, nie wie, jak się zachować ani co mówić. Prosi o wskazówki. Zawsze mamy gotowe proste modlitwy albo po prostu mówimy, żeby pomodliła się swoimi słowami – wyjaśnia s. Joanna. Siostry prowadzą również katechezę dzieci, młodzieży, dorosłych oraz świetlicę parafialną. Przychodzą do niej dzieci różnych wyznań z najbiedniejszej części miasta. Razem z nimi pracuje także pedagog, która prowadzi różne zajęcia. Dzieci przychodzące do świetlicy często są zaniedbane i głodne. Tam, poza zajęciami, dostają gorący posiłek. – Jest taki mały Witalik, który ma bardzo trudną sytuację w domu. Mówi, że mama pracuje i ma przyjechać, ale ja słyszę to już od kilku miesięcy. Mieszka z babcią i z wujkiem. Przychodzi bardzo zaniedbany, brudny – opowiada siostra. Świetlica jest dla dzieci w wieku szkolnym, ale zdarzają się przypadki, że przychodzą i młodsze dzieci.

    Śmierć co minutę

    Siostra zajmuje się także pracą socjalną przy parafii. Pewnego razu, odwiedzając pogotowie opiekuńcze dla dzieci, trafiła na obiad. Siedziała trójka maluchów. – Był chleb do obiadu, to jest norma w Rosji. One pytały się, ile kawałków mogą wziąć. Kiedy dowiedziały się, że dwa, trzeci ukradły, włożyły do kieszeni. Wcześniej byłam w ich rodzinnym domu, spotkałam się z ich mamą. Te dzieci często cierpiały głód. Chociaż już od kilku miesięcy były w pogotowiu opiekuńczym, ciągle wydawało im się, że nie będą miały na potem – tłumaczy. – Bardzo często zdarzają się kradzieże, staramy się, żeby dzieci nie kradły, ale w różnych środowiskach są wychowywane. Siostry zajmują się również ochroną życia poczętego. Najczęściej przychodzą do nich młode mamy, które nie mają za co żyć. – Pamiętam, swego czasu spotkałam się z rodziną, to było ich drugie dziecko i starałam się w jakiś sposób pomóc. Mieli kuchnię i pokój, bardzo zaniedbane, ciemne pomieszczenia. Zorganizowałam jakieś ubranka i pieluchy, pytam, ile potrzebują. Nie są to pieluchy takie jak w Polsce, tylko flanelowe. Pani mówi, że trzy spokojnie jej starczą. I ta pielucha była kilka razy przez nią odwracana. Dla mnie było to nie do pojęcia…

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół