Nowy numer 16/2018 Archiwum

Idźta rozwalać figury

Historia księdza z Imielina. – Padnij, powstań, czołgaj się! – krzyczeli. Do spóźnialskich strzelali. Józek kulki nie dostał, bo był sportowcem, jeszcze niedawno chciał startować w olimpiadzie w Tokio.

Mało kto wie, że 94-letni o. Józef Pielorz ze zgromadzenia oblatów, najstarszy mężczyzna spośród mieszkańców Imielina, ma tak ciekawy życiorys.

Za młodu był wyjątkowo wysportowany, co zapewne pomogło mu później w przeżyciu lat wojny. Wyróżniał się jako piłkarz. – Marzyłem o olimpiadzie w Tokio, która była zaplanowana na 1940 rok, w rzucie dyskiem, oszczepem i kulą. Ale na zawodach śląskich zrobiłem tylko trzecie miejsce, więc postanowiłem dać sobie ze sportem spokój – wspomina.

Pożytek z hartowania

Wrócił wtedy do swojego wcześniejszego pomysłu, jakim było kapłaństwo. Dobrze znał księży oblatów, bo w czerwcu 1939 r. skończył w Lublińcu prowadzoną przez nich szkołę średnią. – Zbierało się na wojnę, więc się wahałem, czy jechać do nowicjatu oblatów w Markowicach. Rodzice radzili: zostań, ale miałem już skończone 18 lat. Zaryzykowałem – wspomina.

Markowice leżą na Kujawach. – Tyle, co tam przyjechałem, pierwszego dnia rekolekcji, zaczęła się wojna – mówi.

Superior, czyli przełożony w markowickim klasztorze, zdecydował ósmego dnia wojny o ewakuacji podopiecznych na Wschód, do klasztoru w Kodniu nad Bugiem. Niestety, front był od nich szybszy... Po drodze chłopcy znaleźli się w środku najzacieklejszej bitwy 1939 roku – nad Bzurą. Polskie i niemieckie pociski artyleryjskie przelatywały nad ich głowami.

23 września Józek był z powrotem w Markowicach. – Chciałem wrócić do Imielina zaraz, jak wyleczę popuchnięte nogi. Ale 29 września Niemcy wydali nam nakaz pracy. I zapowiedzieli, że jak któryś nie przyjdzie, to pierwszy pod mur pójdzie superior. Nie chciałem, żeby superiora rozstrzelali, no to zostałem – wspomina.

Klerycy pracowali za darmo u właściciela folwarku, Niemca i protestanta, który teraz został wójtem. Nazywał się von Egan i nienawidził katolików. Klerycy musieli pracować u niego przy młóceniu zboża na wolnym powietrzu, nawet w temperaturze minus 25 stopni Celsjusza. – Ale wie pan, że może właśnie to hartowanie nas później uratowało? Na 16 oblackich kleryków w niemieckich obozach zmarło tam tylko czterech. Zaledwie 25 procent, to bardzo mało – ocenia.

Jestem gotów na śmierć

Chłopcy zbierali też kartofle, czyścili stajnie. Wreszcie von Egan zarządził, żeby 8 grudnia, w święto patronki oblatów, Maryi Niepokalanej, klerycy poszli zwalać przydrożne figury Matki Bożej. – Superior powiedział: „Kto chce być oblatem, ten figur rozwalać nie będzie”. To oznaczało rozstrzelanie albo obóz. Byliśmy na to przygotowani. Rano przy podziale pracy włodarz, Polak, powiedział do nas: „A wy idźta do rozwalania figur”. Nikt się nie ruszył – wspomina ks. Józef. – Przyleciał rozwścieczony dyrektor Wedel, Niemiec. Kolega do niego po niemiecku: „Nie możemy niszczyć figur, bo jesteśmy klerykami. Możemy iść do jakiejkolwiek innej pracy”. Dyrektor trzasnął go w pysk i poszedł zawiadomić von Egana.

Kolega szepnął mu do ucha, żeby uciekać i wrócić na Śląsk. Józek w rozterce zaczął się modlić. A potem podjął decyzję: „Jako oblat Niepokalanej jestem gotów na śmierć w Jej obronie”. Został.

Wkrótce przyjechała policja ze Strzelna.

« 1 2 3 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma