• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • O co prosi mała dziewczynka?

    Barbara Gruszka-Zych

    |

    Gość Katowicki 12/2015

    dodane 19.03.2015 00:00

    Czy można się modlić o to, żeby żyć we Włoszech, zamiast w brudnej peerelowskiej Polsce? Dziewczynki o imieniu Victoria właśnie tego pragną. I nie można o to mieć do nich żalu.

    Tak samo przemawiające imię jak Lech Wałęsa swojej córce nadaje ojciec, sugestywnie grany przez Artura Święsa. Victoria to główna bohaterka sztuki Ireny Świtalskiej „Prawie-raj” („Quasi-Paradiso”), zrealizowanej w wersji polsko-włoskiej przez Fondazione Teatro Piemonte Europa, partnera Teatru Śląskiego z Turynu. Ten spektakl, przeznaczony dla widowni obu krajów, 24 lutego wystawiony został na scenie Teatro Astra w Turynie, a 6, 7 i 8 marca – na scenie Malarni w Katowicach. Wyreżyserował go Robert Talarczyk. Niełatwo zrobić przedstawienie, które trafi do widzów tak bliskich poprzez papieża Polaka, Karola Wojtyłę, ale dalekich przez odmienną historię.

    Dlatego trzeba pochwalić Talarczyka, że z mocno skondensowanej fabuły, która mogła być materiałem na teatr jednego aktora, przy oszczędnych, ale inspirujących wyobraźnię środkach scenograficznych (Francesco Fassone), opowiedział historię rodzącej się wolnej Polski z perspektywy również włoskiej, a raczej zachodniej. Bo do małej Victorii od jej przyszywanego wuja, komunisty z Italii, bardzo dobrze, na luzie, z humorem odtwarzanego przez Davide Capostagno, przychodzi cały sztafaż świata zachodniego. W tej sztuce oglądamy dramatyczne i pełne euforii czasy powstania „Solidarności”, a potem tragiczne lata stanu wojennego z pełnej dystansu, groteski i humoru perspektywy dziecka. Victoria (skupiająca uwagę urokliwa Beata Dudek) przychodzi na świat w upalny dzień 1974 roku, kiedy polska reprezentacja wygrała z włoską na MŚ w piłce nożnej 2 : 1. Ten fakt staje się symboliczny dla kolejnych etapów jej życia. Z jednej strony kształtują je komuna, stan wojenny, tata, który siedzi skazany za działalność w podziemiu. Z drugiej – włoski wujek, który wychowuje ją po śmierci matki i pod nieobecność ojca. Nie wpaja jej miłości ojczyzny ani wzniosłych wartości, ale uczy normalności, zwyczajnego życia, z blichtrem, który niesie Zachód, ale też spokojem, który daje życie w innych niż polskie warunkach.

    Czy można się dziwić, że dla tej dziewczynki prawie raj to Włochy? Warto iść na spektakl, żeby zadać sobie pytanie, co liczy się dla przeciętnego obywatela, a może lepiej: dla przeciętnej – nieprzeciętnej małej dziewczynki w czasach wojny i w czasach pokoju, w którym przecież teraz żyjemy. Satyra nie rani, ale rozśmiesza i przestrasza, żeby wstrząsnąć jak w scenach z dziadem mrozem – świetnym Mateuszem Znanieckim – symbolem Moskwy, rozdającej Polsce wątpliwe prezenty. Warto zobaczyć „Prawie-raj” choćby dla nich. Spektakl jest częścią programu artystycznych działań międzynarodowego projektu „Torino incontra Berlino” realizowanego między Turynem a Berlinem.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół