• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Tyle lat żyję i ciągle mi mało

    Aleksandra Pietryga

    |

    Gość Katowicki 51-52/2014

    dodane 18.12.2014 00:00

    Stulatka z Podlesia. – A mąż mój, niestety, tak nagle umarł – martwi się pani Róża. – Nagle? To ile miał lat? – Sto jeden i pół roku...

    Przeżyli ze sobą 73 lata. To najdłuższy staż małżeński odnotowany w Katowicach. Na rzuconą żartem uwagę, że to już prawie męczeństwo, pani Róża obrusza się. – Jakie męczeństwo? Co też pani opowiada?! Toż to samo szczęście było. Mój Henryczek był taki dobry. Nigdy nie zrobił mi przykrości. Nigdy się nie pokłóciliśmy... Pani Róża skończyła 100 lat. Mieszka w Katowicach-Podlesiu z najmłodszym synem Karolem i jego rodziną. Syn uśmiecha się trochę łobuzersko.

    – Tata to może i czasem chciał się pokłócić. Nieraz był zdenerwowany, rozładowałby napięcie. Ale z mamą nie było o co się kłócić. Na nią nie można się było denerwować. Nigdy nie zrobiła złośliwej uwagi nikomu. Ciągle się śmiała i była w dobrym humorze. Przyszłego męża poznała, gdy pasła krowy. – Zobaczył mnie i zakochał się. A potem przychodził, siadał na trawie i rozmawiał. Ale miał konkurencję. Miałam chyba siedmiu czy ośmiu chłopaków. Niektórzy bogaci. I wszyscy chcieli się ze mną żenić... Jak to się stało, że dziewczyna z takim powodzeniem wybrała akurat tego jednego? – Wie pani, on był wyjątkowo szczery i uczciwy – zamyśla się. – Miał dobre serce. Dla wszystkich był uczynny. Kiedy przychodził do mojego domu, siadał przy babci i długo z nią rozmawiał. Wszyscy go lubili, pytali, kiedy nas znowu odwiedzi. Pobrali się w sierpniu. A dwa tygodnie później wybuchła druga wojna światowa...

    Zamiast pojechać w podróż poślubną, państwo młodzi dołączyli do kolumny ludzi uciekających na Wschód. Po bitwie wyrskiej i nasilonych walkach w okolicach Tychów-Żwakowa mieszkańcy bali się zostać na Górnym Śląsku. Ale daleko nie doszli. Pod Ojcowem Niemcy zawrócili uciekinierów. – Znowu znaleźliśmy się w domu – opowiada pani Róża. – Ale ja wcale tego nie żałowałam. Rozpakowaliśmy jedzenie, które zostało z wesela, i zaczęliśmy zwykłe życie. To zwyczajne życie nie trwało długo. W 1942 roku Henryk został powołany do niemieckiego wojska. Wtedy na świecie były już córeczki: Basia i Lusia. – Odprowadziłam go na peron. Pamiętam tylu młodych chłopców. I żegnające ich kobiety: matki, żony, dziewczyny. Jak one wszystkie płakały! Ja też płakałam... – łzy jeszcze dzisiaj stają w oczach starszej pani.

    Wnuków nie policzę

    Mąż walczył na froncie. Przysyłał telegramy z różnych stron świata. Potem listy przestały przychodzić. Róża pracowała przy gospodarstwie rodziców. Starała się zastąpić córeczkom ojca. Modliła się, żeby przyszedł z powrotem, choć wiedziała, że nie wszyscy wracają. I tęskniła. Henryk dostał się do niewoli amerykańskiej. Do kraju wrócił już jako polski żołnierz z armii Andersa. – Był 6 grudnia. Otworzyły się drzwi i wszedł uśmiechnięty Henryczek z taką wielką torbą-workiem. To był najlepszy prezent, jaki mogłam dostać na Mikołaja. Pani Róża śmieje się wesoło.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół