• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Zabierzcie się za to!

    Joanna Juroszek

    |

    Gość Katowicki 50/2014

    dodane 11.12.2014 00:00

    – „Trzymaj mnie za rękę, będę się mniej bała”. Powiedziała mi jeszcze: „Tyle masz w sobie radości”… A ja w tym momencie na pewno nie byłam radosna, czułam przecież jej odchodzenie, jej cierpienie – wspomina Teresa Trzeciak, jedna z założycielek Hospicjum św. Franciszka w Katowicach.

    Pani Teresa te słowa usłyszała od swojej szefowej z Akademii Ekonomicznej w Katowicach, doc. Anny Ciołkównej, którą opiekowała się przez 5 lat jej nowotworowej choroby. – Siedziałam przy niej w jej przedostatnią noc – wspomina. – Towarzyszyliśmy jej w agonii i można powiedzieć, że stała się pierwszą podopieczną katowickiego hospicjum domowego.

    Zdjąć lęk przed śmiercią

    Chora zmarła w styczniu 1988 r. Wkrótce minie 27 lat. Uśmiechnięta pani Teresa, rocznik 1941, powoli pokonuje schody redakcji „Gościa”. – Możemy zostać na dole – proponuję. – Nie, nie, spokojnie, mam problemy z kolanami, ale wyjdę. Drugie piętro? O, proszę, już jesteśmy.

    W hospicjum działała przez 20 lat swojego życia. W tym czasie całkowicie poświęciła się sprawom organizacyjnym. Przez 10 lat była prezesem stowarzyszenia. Nie potrafiła jednak żyć bez chorych. Może dlatego, że sama wychowała się z babcią, której stale w czymś pomagała. Jako wolontariusz niemedyczny towarzyszyła kilkunastu terminalnie chorym i ich bliskim. Jaki jest bilans jej posługi? – Przewaga darów otrzymanych nad dawanymi – odpowiada bez chwili wahania. – Towarzyszyłam chorym do ostatniej chwili, do ostatniego oddechu. Na pewno dużo człowiek czerpał z ich mądrości życiowej, filozofii. Nasza obecność troszkę zdejmuje lęk przed śmiercią. Każdy, bardziej lub mniej, boi się śmierci. To naturalne. Straszną sprawą jest też okłamywanie w rodzinie. Wchodzi lekarz do chorego do domu i żona mówi: „Mój mąż nie wie, na co choruje, ale proszę mu nie mówić, bo się załamie”. A chory mówi: „Pani doktor, ja wiem, na co choruję, ale moja żona nie wie. Proszę jej nic nie mówić”. I tak chodzą równoległymi uliczkami i nigdy się nie dogadają. Właściwie naszym zadaniem jest, żeby się to udało.

    Maria Gross, anestezjolog, doktor nauk medycznych. Rówieśniczka pani Teresy. Pierwsza założycielka, wierna hospicjum do dziś. – Majka [wszyscy tak do niej mówią – przyp. J.J.] założyła, była, jest i będzie w hospicjum, to jest jej życiorys – uśmiecha się pani Teresa. Pani Maria jest bardzo skromna, może dlatego nie chce rozmawiać. – Ja naprawdę nie robię niczego szczególnego – mówi przez telefon. – Majka jest niezwykle obowiązkowa. Absolutny pracoholik. Z bezwzględną konsekwencją realizuje opiekę nad chorym, wszystko, co trzeba dla chorego zrobić, zrobi na pewno. Działała nie tylko od strony medycznej, robiła pranie, szorowała podłogę – uzupełnia pani Teresa.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół