• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Polszy uże nie budiet

    Krzysztof Błażyca

    |

    Gość Katowicki 37/2014

    dodane 11.09.2014 00:00

    Śląskie sybiraczki. W latach 1941–1943 18 tys. Polaków, przede wszystkim kobiet i dzieci, trafiło z syberyjskiego zesłania na gorącą afrykańską ziemię.

    To jedynie pomoc i opieka Boska. Cały czas je odczuwam. A tu mam dwie pory roku: Afrykę i Syberię. Teraz jesteśmy w Afryce... – Janina Bezkorowajna przymyka oczy i zamyśla się. Siedzimy na werandzie jej domu w Katowicach, a zachodzące słońce opromienia delikatny uśmiech na twarzy sybiraczki. Pani Janina, podobnie jak Danuta Sedlak i Halina Machalska – siostry zesłane wraz z matką do Jakucka – w 1941 roku trafiła do jednego z 28 polskich osiedli na terenie Afryki Wschodniej. Wszystkie one mówią podobnie – po syberyjskim piekle w Afryce „było jak w raju”. Zanim jednak do niego trafiły...

    Pasyjką o ziemię

    – Tatuś służył w Legionach Piłsudskiego i jako legionista otrzymał 12 hektarów ziemi na Wołyniu, w Pełczy, dokąd się przeprowadziliśmy. To była duża wioska zamieszkała przez Polaków, Ukraińców, Żydów. Wszystkim razem żyło się dobrze – opowiada pani Janina.

    O poranku 10 lutego 1940 r. obudziło ich walenie do drzwi. Do domu weszło dwóch Ukraińców w towarzystwie służbistów NKWD. – Szukali broni, której oczywiście nie było, nawet za obrazami. Na stole stała pasyjka. W tamtych czasach z okazji ślubu dawało się młodej parze krzyż albo Matkę Boską. A oni tą pasyjką rzucili o ziemię. Domownikom nakazano się ubrać. – Było nas czworo rodzeństwa: ja (13 lat), dwie siostry (10 i 6 lat) i brat (4 lata). Polecili zabrać pierzyny i poduszki oraz nie więcej jak 32 kg dobytku. Potem zgromadzono wszystkich osadników w miejscowej szkole i tak przesiedzieliśmy kilka godzin, nie wiedząc, co z nami zrobią. Po południu padł rozkaz: Wsiadać na sanie! – W pobliskim kościele ksiądz odprawiał Mszę w naszej intencji, a nas wywożono do Zdołbunowa. Tam zostaliśmy załadowani do wagonów towarowych. W środku były podwójne prycze, piecyk i otwór w podłodze na załatwianie potrzeb fizjologicznych. W wagonie jechało 35 osób. Światła było niewiele, ledwo co przez dwa zakratowane okienka. Drzwi wagonu zatrzaśnięto. Nikt z zesłańców nie wiedział, dokąd ich wywożą. 15 marca, po tygodniach spędzonych w oszronionych wagonach, dotarli do Archangielska.

    Kilkuletni wrogowie ludu

    – Na szczęście niewiele pamiętam z pobytu na Sybirze, bo byłam jeszcze małym dzieckiem. Ale późniejszy czas w Afryce wspominam jako „raj” – mówi Danuta Sedlak, przewodnicząca Oddziału Związku Sybiraków w Katowicach. Miała zaledwie trzy lata, gdy w nocy 29 czerwca 1940 roku, wraz z mamą i roczną siostrą Halinką, zostały aresztowane jako „wrogi element”. – W święto Apostołów Piotra i Pawła w nocy zbudził nas łomot. Do mieszkania wpakowało się czterech żołnierzy z brutalnym rozkazem: „Bieri wieszczi” („bierzcie rzeczy”). Mama odpowiedziała, że to nie nasz dom i nie ma w nim nic naszego. Wtedy ten enkawudzista przyłożył mamie pięść do czoła i krzyknął: „Ty durnaja, bieri wsio!” („durna, bierz wszystko”). Gdy ich wywożono, „wydawało im się, że cały Zbaraż nie śpi” – pani Danuta przytacza zapiski mamy. – Sąsiedzi chcieli coś podać wywożonym, ale żołnierze nie pozwalali im się zbliżyć. Wielu płakało. Mama nie uroniła ani jednej łzy. Tylko tuliła nas do siebie i prosiła Boga, aby pozwolił nam wrócić. Dopiero gdy zapakowano nas do wagonu i zaryglowano drzwi, zamykając w ciasnocie i zimnie 54 osoby, mama się rozpłakała. Żadne słowa nie oddadzą fetoru „sławojki”, braku wody, jęku chorych i płaczu dzieci – wspomina pani Danuta. Z transportu wyrzucono ich w tajdze z cynicznym rozkazem: „Budujcie sobie baraki, bo tu będziecie żyć”. A kto tylko wspominał o Polsce, był poniewierany. „Polszy uże nie budiet” („Polski już nie będzie”).

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół