• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Niebieskie welony

    Przemysław Kucharczak

    |

    Gość Katowicki 33/2014

    dodane 14.08.2014 00:00

    Świadkowie historii. Faustyna podniosła oczy znad snopków, które wiązała na polu w Przyszowicach. Drogą Gliwice–Mikołów sunęły ciężarówki, wiozące na pakach... siostry zakonne w habitach.

    Niebieskie welony! Czyli jadwiżanki! – zawołała.Był 3 sierpnia 1954 roku. Siostra Faustyna, też jadwiżanka, była świadkiem przeprowadzanej tego dnia przez komunistyczną władzę Akcji „X-2”, polegającej na wysiedlaniu sióstr z ich klasztorów. Siostry jadwiżanki świętują właśnie teraz w Katowicach-Bogucicach swoje zakonne jubileusze. Zwłaszcza dwie najstarsze – Faustyna i Beata – są prawdziwymi świadkami historii XX wieku.

    Siostra wraca piechotą

    Najstarszą jubilatką jest 94-letnia siostra Beata. Przyjęła habit aż 75 lat temu w Bogucicach. Nie wiedziała, że wstępuje do zgromadzenia w strasznych czasach. Był akurat 1939 rok. Wkrótce do Katowic wkroczyli Niemcy. Siostra Beata, Polka spod Krzeszowic w Małopolsce, została przeniesiona do klasztoru we Wrocławiu, a stamtąd do dolnośląskiego Zakrzowa. Tam doczekała wkroczenia Sowietów. Większość sióstr w Zakrzowie było Niemkami. Sowieci kazali im się stamtąd wynosić. – Inne siostry zdecydowały, że jadą do Niemiec. Mówię na to: „Ja idę do Polski!”. No i poszłam. Dla bezpieczeństwa wracałam do Katowic w sukience, a nie w habicie, żeby Sowietów nie prowokować. Szłam piechotą przez tydzień – wspomina. Szybko spotkała podobnych sobie polskich rozbitków, którzy na piechotę próbowali dotrzeć do domów. Maszerowało wtedy do kraju mnóstwo polskich robotników przymusowych czy więźniów uwolnionych z obozów koncentracyjnych. Młoda, 25-letnia zakonnica zaprzyjaźniła się w drodze z czworgiem innych młodych ludzi, świeckich. – I tak nas się zebrała piątka, trzy dziewuchy i dwóch chłopaków – mówi siostra Beata. Wracający wtedy do domów Polacy często byli bardzo głodni. A ludzie mieszkający po drodze nie zawsze mogli im pomóc, bo sami nie mieli na początku 1945 r. wiele żywności. Zostali już wcześniej ograbieni przez Armię Czerwoną. Pijane hordy Sowietów traktowały mieszkańców tej części Śląska, która przed wojną należała do Niemiec, szczególnie bezwzględnie. – Troszkę mieliśmy chleba, ale też dobrzy ludzie jednak nas po drodze karmili. No i pozwalali nam nocować u siebie na strychach – wspomina zakonnica. Dopiero na ostatnim odcinku drogi, wiodącej do Bogucic, tory były już naprawione, więc wsiedli do pociągu. W Katowicach Beata pożegnała swoich młodych przyjaciół, wysiadła na dworcu kolejowym i ruszyła dalej piechotą. Jednak siostry jadwiżanki, które dyżurowały na furcie w Bogucicach, nie wpuściły Beaty, bo... jej nie poznały. Głównie dlatego, że miała na sobie świecką sukienkę i była wymizerowana długą podróżą. Dopiero za drugim podejściem weszła do środka, kiedy do klasztoru dotarły już inne siostry, które ją dobrze znały. Po wojnie s. Beata przez wiele lat uczyła dzieci religii. Teraz już nie wychodzi z klasztoru w Katowicach-Dąbrówce Małej, gdzie mieszka. Porusza się z balkonikiem, najczęściej pomiędzy swoim pokojem a kaplicą, którą odwiedza kilka razy dziennie.

    Faustyna jak ja

    Siostra Faustyna złożyła zakonne śluby 65 lat temu. Pochodzi ze wsi Potok Wielki na Lubelszczyźnie. Jej świeckie imię to Krystyna. Kiedy miała 9 lat, zmarła jej mama. – To było zimą 1941 roku. Niemcy aresztowali i wywieźli mojego ojca, który był kowalem. Przyszła wiadomość, że tatę i innych mężczyzn będą przewozić pociągiem z Lublina na Rozwadów. Mama z innymi kobietami pobiegły w silnym mrozie 6 km na stacyjkę w Rzeczycy. Czekały tam 2–3 godziny. Potem pociąg przejechał, ale się nie zatrzymał. Niestety, mama najpierw, biegnąc, się zgrzała, a później zaziębiła się. Jak wróciła do domu, zaczęła majaczyć. To było zapalenie opon mózgowych. Zmarła. Miała 31 lat – mówi siostra Faustyna. Niemcy wypuścili jej ojca. Ożenił się po raz drugi, ale dziewczynka nie dogadywała się z macochą. W końcu zamieszkała u babci. Jeszcze tam, w Lubelskiem, tuż po wojnie, dorastającej Krysi wpadła w ręce broszurka o siostrze Faustynie Kowalskiej. – Bardzo mi się spodobała ta jej prostota w podejściu do Pana Boga. Ponieważ ona, jak ja, też pochodziła z niebogatej rodziny, stała mi się bardzo bliska. Nawet to, że Faustyna szukała zgromadzenia do mnie przemawiało, bo ja wtedy też szukałam – mówi. Dziewczyna miała już ponad 16 lat. Zwierzyła się babci, że chciałaby wstąpić do klasztoru. Akurat do swoich córek – jadwiżanek z Katowic – wybierała się sąsiadka. Po rozmowie z babcią wzięła więc Krysię ze sobą do pociągu. Był 1948 rok. – Katowice z początku mi się nie spodobały, bo budynki były tu takie przyciemnione, brudne, ciężkie... Zresztą do dzisiaj ciągnie mnie do czystej przyrody – zdradza. Kiedy przy wstąpieniu do zgromadzenia przyszedł czas na wybór zakonnego imienia, Krysia bez wahania zaproponowała dla siebie Faustynę. A przełożeni jej wybór potwierdzili. Jest blisko zaprzyjaźniona z jedną z największych świętych Kościoła powszechnego. Wybrała jej imię już pół wieku przed kanonizacją.

    Wynocha z jedną torbą

    Pierwszą placówką, na którą wyjechała z Bogucic, były śląskie Przyszowice. Piekła tam komunikanty w piekarni hostii działającej w podupadłym zamku, pracowała w kuchni i na polu. To tutaj, podczas żniw, Faustyna zobaczyła siostry z jej zgromadzenia, wysiedlane ze Śląska Opolskiego. Były wiezione na ciężarówkach drogą Gliwice–Mikołów. – Te siostry opowiadały nam później, że milicjanci przyszli do ich klasztorów w nocy. Otoczyli domy i zapukali. Pozwolili wziąć tylko po jednej torbie, resztę kazali zostawić. Po latach siostry odzyskały niektóre z klasztorów, z których ich wtedy komuniści wyrzucili. Ale zwykle wszystko było już tam zdewastowane – wspomina. – Dwie jadwiżanki wysiedlone ze Śląska Opolskiego, pielęgniarki, mieszkały później z nami w naszym domu w Przyszowicach. Młodsza z nich nie dała się wywieźć, bo przebrała się w cywilną sukienkę, wyskoczyła oknem i dotarła do swojej rodziny. A później dojechała do reszty naszych sióstr w Katowicach – relacjonuje s. Faustyna. Komuniści wysiedlili wtedy aż 1,5 tysiąca sióstr zakonnych. Przewieźli je do obozów pracy w całej Polsce. Na szczęście ominęło to Siostry św. Jadwigi z diecezji katowickiej. – Nasza matka prowincjalna prosiła w tej sprawie o pomoc ks. Jana Piskorza. To on wpłynął na władze, żeby z diecezji katowickiej sióstr nie wysiedlać – uważa. Ksiądz Piskorz był postacią, która zapisała się w historii Kościoła na Górnym Śląsku w sposób wyjątkowo nieciekawy. Został tu osadzony pod naciskiem komunistów jako wikariusz kapitulny. Rządził diecezją katowicką po tym, jak komunistyczne władze wysiedliły jej biskupów. Wobec komunistów zachowywał się wiernopoddańczo, a księży wiernych biskupowi Stanisławowi Adamskiemu przesuwał na mało ważne stanowiska. Zlikwidował męską pielgrzymkę do Piekar. Samowolnie zmienił też plany budowy katedry, obniżając jej kopułę. To przez niego najważniejszy kościół archidiecezji sprawia dziś z zewnątrz wrażenie przysadzistego, zamiast górować nad miastem i cieszyć oko wyważonymi proporcjami. A kiedy w kwietniu 1956 r. śląscy biskupi próbowali wrócić do Katowic, zdecydowanie odmówił oddania im diecezji i poprosił władzę o interwencję. W rezultacie biskupi zostali zmuszeni jeszcze raz natychmiast opuścić Śląsk. W sprawie wysiedlania sióstr ks. Piskorz prawdopodobnie wykorzystał jednak swoje kontakty we władzach w dobrym celu. Być może rzeczywiście to dzięki niemu siostry z diecezji katowickiej nie zostały wywiezione. Tę pewną niejednoznaczność jego postępowania dobrze pamięta s. Faustyna. – Znałam go trochę. To był bardzo prosty człowiek. Podobno często modlił się na różańcu – relacjonuje. W ciągu 65 lat u jadwiżanek siostra Faustyna gotowała obiady dla niepełnosprawnych dzieci w Sosnowcu, pracowała w Chechle, Katowicach-Dąbrówce Małej, na Śląsku Opolskim. Skończyła kurs organistowski i grała na Mszach świętych. Choć nadal niespecjalnie lubi wielkie, śląskie miasta, kocha ich mieszkańców. – Ślązacy to są bardzo serdeczni ludzie. Na przykład tyle lat temu pracowałam w Przyszowicach, w zaprzyjaźnionej rodzinie stamtąd rodzice już poumierali, a ich córka dalej się ze mną kontaktuje. Ja nawet już mam śląski akcent! Moja rodzona siostra Kazimiera zwróciła kiedyś na to uwagę, pytała: „Jak ty mówisz?”. A ja: „Normalnie” – śmieje się. – Moja siostra była pielęgniarką. Była zdolna i chciała studiować, ale jej nie przyjęli, bo miała siostrę w klasztorze – dodaje. Ostatnie 5 lat s. Faustyna spędziła w Jutrosinie w Wielkopolsce. Nawet jednak tam ma przełożoną Adelę rodem z Mikołowa. – Ciągle mówi do nas po śląsku. Ja też przejęłam niektóre śląskie zwroty, mówię na co dzień „godać” albo „wyciepnyć” – wyjaśnia. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół