• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Ślązak mołodiec!

    Przemysław Kucharczak

    |

    Gość Katowicki 10/2014

    dodane 06.03.2014 00:00

    Wyprawa na Majdan. Na granicy polsko-ukraińskiej założyli swoje czerwone kamizelki. Ośmiu ratowników medycznych z Polski gotowych ratować braci Ukraińców pod ostrzałem. W tym trzech Ślązaków: Jacek z Katowic oraz Tomek i Michał z Zabrza.

    Wtedy na przejściu w Medyce miała miejsce niesamowita, filmowa wręcz scena. Na widok maszerujących, obładowanych sprzętem medycznym ochotników, wśród „mrówek”, czyli pracujących na granicy Ukraińców, zrobiło się poruszenie. „To Polacy, jadą nam pomóc!” – rozeszło się w tłumie. Jacek Piwowarczuk z katowickiego Stowarzyszenia „Pokolenie”, który zawiózł ratowników na granicę, widział, jak ludzie zaczęli tej ósemce Polaków bić brawo i skandować: „Mo-łod-cy! Mo-łod-cy!” (czyli po polsku: „Zuchy!”).

    Do Kijowa ratownicy medyczni ze Śląska dotarli w sobotę 22 lutego. Wtedy panował już tam spokój. Jednak decyzję o wyjeździe podjęli w czwartek 20 lutego, kiedy na Majdanie masowo ginęli ludzie. Ruszyli w piątek, gdy było już spokojniej, ale informowano ich, że walki mogą jeszcze ponownie wybuchnąć. Byli gotowi udzielać pomocy rannym Ukraińcom pod ostrzałem. Ze Śląska mamy trzech takich śmiałków: to 28-letni Jacek Wawrzynek z katowickiego osiedla Tysiąclecia oraz dwaj zabrzanie: 31-letni Tomasz Lemm i 32-letni Michał Wieczorek. Wszyscy trzej zostali wysłani przez Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej, a transport do Kijowa zapewniło im katowickie Stowarzyszenie „Pokolenie”. Na co dzień pracują w Pogotowiu Ratunkowym.

    Ranni na ulicy

    Jak doszło do wyjazdu ratowników? – W czwartek rano dostaliśmy sygnał od wiceszefa Samoobrony Majdanu, że tam jest po prostu dramat: trzy cerkwie są całkowicie zapchane rannymi i około stu osób leży na ulicy. Dlatego zawiesiliśmy na Face- booku apel o zgłaszanie się ratowników medycznych. W ciągu doby zgłosiło się aż dwudziestu. Zostało ośmiu, kiedy się dowiedzieli, że niestety może się to wiązać z pracą w polu ostrzału, w kamizelkach kuloodpornych – relacjonuje Przemysław Miśkiewicz, przewodniczący Stowarzyszenia „Pokolenie” z Katowic. Jadąc tam, nasi ratownicy podejmowali ryzyko. Na filmach z Majdanu, które można oglądać w internecie, widać, jak chłopcy niosący nosze dla rannych też osuwają się na ziemię, skoszeni kulami snajperów. Słynny był również los młodej Ukrainki ze służb medycznych, która na Face- booku napisała: „Umieram”. Ktoś chwilę wcześniej zrobił jej zdjęcie, odprowadzanej z pierwszej linii, w kamizelce z wielkim czerwonym krzyżem. Dziewczyna na tym zdjęciu trzyma się za szyję, bo właśnie tam bardzo precyzyjnie trafił ją snajper. – Te obrazy z Kijowa wywołały w nas, jak w każdym, wielkie emocje. Mamy po dwie sprawne ręce, które potrafią pomagać ludziom, więc pojechaliśmy – mówi nam Tomasz Lemm. – Pojechaliśmy, żeby pomóc w ratowaniu ludzi. Kiedy myślimy o naszej historii, łatwo wyobrazić sobie, że to my moglibyśmy potrzebować pomocy przyjaciół z zagranicy – dodaje Michał Wieczorek. Ludzie mieli do nich większe zaufanie niż do lekarzy w szpitalach, więc zgłaszali się z poważnymi, dotąd niezaopatrzonymi ranami. – Było dużo odłamków po wybuchach improwizowanych ładunków wybuchowych i granatów. Nie pytaliśmy, kto jest po której stronie, bo naszym obowiązkiem jest ratować ludzi, a nie opowiadać się po którejś ze stron. Przychodzili do nas też ludzie z nieraz ciężkimi infekcjami; nie chcieli się zgłaszać do szpitali, bo, jak nam mówili, są potrzebni na barykadach i zaraz tam wracają – wspominają śląscy ratownicy. Byli już wcześniej na misjach w Gruzji i w Południowym Sudanie. Wtedy jednak były to wyprawy wcześniej zaplanowane. Michał Wieczorek ma czworo dzieci, a Tomasz Lemm dwoje, w tym jedno ma się dopiero urodzić. Katowiczanin Jacek Wawrzynek jeszcze rodziny nie założył, ale w czasie jego wyjazdu drżała o niego dziewczyna.

    Odbijanie śląskich ciuchów

    Ślązacy pomogli też Ukraińcom, zbierając dary i pieniądze dla nich. Jeszcze nie wiadomo, ile na Śląsku zebrała Caritas, znane są natomiast wyniki wcześniejszej zbiórki prowadzonej przez Stowarzyszenie „Pokolenie” i śląsko-dąbrowską „Solidarność”. – Odzew był wspaniały! Ponad 400 osób wpłaciło pieniądze, w kwotach od 15 złotych do kilku tysięcy. Zebrało się w ten sposób około 70 tys. złotych. Może państwo polskie działa powoli, ale zwykli Polacy natychmiast przychodzą z wielką pomocą. Poza tym po 10 tys. złotych wpłynęło właśnie z Urzędu Marszałkowskiego województwa śląskiego i z Urzędu Miasta Katowice, kupimy za nie lekarstwa i defibrylatory – zdradza Przemysław Miśkiewicz. W czasie pierwszego wyjazdu na Ukrainę za zebrane pieniądze Przemysław Miśkiewicz i Paweł Dyjak z katowickiego „Pokolenia” kupili już w Kijowie lekarstwa oraz takie rzeczy, jak tysiąc mydeł, tysiąc szczoteczek do zębów, tysiąc jednorazowych maszynek do golenia, 20 czajników bezprzewodowych. Służby Majdanu dwukrotnie policzyły dary i pieniądze, a potem wręczyły Polakom pokwitowanie i potwierdzenie podpisane przez trzech deputowanych Rady Najwyższej. W tym samym czasie, na przełomie stycznia i lutego, do Kijowa wyjechał z Katowic tir z ubraniami. Wiózł śpiwory, spodnie, buty, swetry. – Było tego 8 ton, z czego około 700–800 kg z Katowic, a reszta z Jastrzębia-Zdroju, Warszawy, Krakowa, Wrocławia i Poznania – relacjonuje Przemysław Miśkiewicz. – Z Lublina zabrał ten transport greckokatolicki ksiądz Stefan Batruch. Niestety, ukraińscy celnicy nie chcieli tego tira wpuścić. Udało się przepakować dary do busików i nimi pokonać granicę. A tir wjechał pusty, żeby dary znów przepakować za granicą... Niestety 30 km dalej zatrzymał ich patrol i zawrócił pod pretekstem braku jakiegoś dokumentu... Trzeba było wracać do Lublina, zdobyć brakujący papier i wjechać jeszcze raz – mówi P. Miśkiewicz. Tym razem tir przejechał. Później Polacy dowiedzieli się, że celnicy, którzy go puścili, zostali wyrzuceni z pracy. A dary zostały zatrzymane dopiero w Kijowie, pod innym pretekstem. „Do czasu wyjaśnienia” miały czekać w jednej z kijowskich parafii greckokatolickich. – Po ostatnim ataku na Majdan te rzeczy stały się bardzo potrzebne, choćby dlatego, że na Majdanie ludzie byli zlani wodą. Służby Majdanu przyszły więc na parafię i te ciuchy przejęły. Pomoc dotarła do tych, do których ją wysłaliśmy – mówi P. Miśkiewicz.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół