• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Na imię mam Piotr

    Aleksandra Pietryga

    |

    Gość Katowicki 10/2014

    dodane 06.03.2014 00:00

    Prawdziwa historia. Po raz pierwszy poczuł, że nie jest szczęśliwy. Grzechy waliły po sumieniu. Miał wszystko: pieniądze, dziewczyny, a nie widział sensu życia.

    Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby zostać księdzem! Nawet nie byłem ministrantem – mówi diakon Rafał Krystyanc z klasztoru ojców oblatów na Koszutce. – Do kościoła chodziłem, bo tak rodzice kazali – wyznaje. – Ale kiedy skończyłem 15 lat, wyjechałem do szkoły do Poznania i to był właściwie początek mojego odejścia od Kościoła.

    Nigdy nie byłem szczęśliwy

    Szkoła, studia, praca, zawodowy prestiż, coraz większe pieniądze. – Myślałem, że złapałem Pana Boga za nogi – mówi diakon Rafał. – Zarabiałem dziesięć razy tyle, co moi rodzice. Stać mnie było właściwie na wszystko. I nigdy nie byłem szczęśliwy. Mówią, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Pomimo świetnych zarobków i wysokiej pozycji zawodowej Rafał ciągle odczuwał niedosyt. Pracował coraz więcej, czasem nocował w firmie. Otaczali go rozrywkowi znajomi, z którymi imprezował. – Nie narzekałem na brak powodzenia – przyznaje. – Wcale nie szukałem jednak stałego związku. Nie myślałem o małżeństwie, nie chciałem zakładać rodziny, więc dziewczyny zmieniały się w moim życiu. Myślałem o sobie, że jestem „w porządku”, bo sam nie rzucałem tych dziewczyn – one ze mną zrywały... Diakon Rafał powtarza, że pieniądze nie przynosiły mu szczęścia. Przypomina sobie znajomych i przyjaciół, którzy podobnie jak on nie musieli się głowić, jak przeżyć od pierwszego do ostatniego. Ich twarze też nie wyrażały szczęścia. Może dlatego młodzi biznesmeni podnosili sobie nastrój za pomocą środków odurzających. – Dziś myślę, że to Pan mnie ochronił i w całej swojej karierze nie sięgnąłem nawet po marihuanę – dzieli się oblat.

    Zmiażdżony Jezus

    Pierwszy strzał od Pana Boga padł w 2004 roku. Na ekrany kin weszła „Pasja” w reżyserii Mela Gibsona. – Film był kontrowersyjny, z wielu stron dochodziły mnie głosy krytyki – opowiada diakon. – Po wyjściu z kina stałem jak wmurowany na środku chodnika. Tak mną wstrząsnęło. Zacząłem dostrzegać rzeczy i osoby, na które nigdy wcześniej nie zwracałem uwagi. Na przykład biedaka grzebiącego w śmietniku. Więc tak stałem i nie wiedziałem, dokąd pójść... Może gdyby wybrał kierunek: dom, wszystko potoczyłoby się inaczej, szybciej. Ale poszedł do pracy, tam spędził noc. Znów wkręcił się w tryby finansowej machiny i przez następny rok żył jak do tej pory. Aż przyszedł kwiecień 2005 roku i wielkie rekolekcje choroby i umierania papieża Jana Pawła II. – Oglądałem w telewizji relację za relacją i odkrywałem wielkość staruszka, którego wcześniej krytykowałem, który nie miał dla mnie specjalnej wartości – zwierza się oblat. – I nagle zobaczyłem w tym człowieku drugiego Chrystusa. Przypomniał mi się zmiażdżony Jezus z „Pasji”. W tym momencie bardzo mocno uświadomiłem sobie, że Chrystus nie umarł za jakiś abstrakcyjny świat, za ogólnikowe „wszyscy ludzie”. Umarł konkretnie za mnie, bo to ja zawaliłem życie. Po raz pierwszy poczuł, że nie jest szczęśliwy. Miał wszystko, a nie widział sensu życia. Grzechy waliły po sumieniu. – Pomyślałem, że muszę coś zrobić ze sobą – wyznaje. – Ludzie dookoła mnie mówili: „Co się z Tobą dzieje? Jesteś taki ponury, nie ma w Tobie żadnej radości”. A ja kilkanaście lat nie byłem u spowiedzi. Prosiłem Pana Boga, żeby mi pokazał, jak mam się z tego wyrwać.

    Trzy tony z pleców

    Rafał nie znał żadnych księży, z parafią też nie miał wiele wspólnego. Pan Bóg sam wskazał kierunek. – Mama mojej koleżanki miała problem natury duchowej – opowiada diakon. – Poprosiła mnie, żebym ją zawiózł do oblatów w Poznaniu. Planowałem poczekać na nią na parkingu, ale się uparła, żebym wszedł z nią do środka. W rozmównicy spotkaliśmy starszego księdza. W pewnym momencie zirytowałem się na moją znajomą i chyba zareagowałem agresywnie. Ojciec tylko się uśmiechnął i powiedział coś uspokajającego. Spokój zakonnika zaimponował Rafałowi. Przelał trochę pieniędzy na konto misji oblackich. Dostał list z podziękowaniami, czego absolutnie nie chciał i nie oczekiwał, więc rozzłoszczony po raz drugi, wrócił z awanturą do klasztoru. – Piętnaście minut później byłem już wpisany na listę Przyjaciół Misji – śmieje się. – A potem przez trzy dni przychodziłem do tego ojca i rozmawialiśmy. Opowiedziałem mu całe życie. A na końcu się wyspowiadałem. Jakby mi ktoś trzy tony z pleców zdjął!

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół