• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Amatorzy... zimnej kąpieli

    Przemysław Kucharczak

    |

    Gość Katowicki 01/2014

    dodane 02.01.2014 00:00

    Wywiad. O Ślązakach, którzy twierdzą, że pomogli im aniołowie, mówi Grzegorz Fels.

    Przemysław Kucharczak: Widział Pan swojego Anioła Stróża?

    Grzegorz Fels: Myślę, że tak, aczkolwiek nie wiem, czy jeszcze bym go rozpoznał. (śmiech) To było prawie 20 lat temu, na początku sierpnia 1994 roku.

    Co się wtedy stało?

    Nie traktowałem tego jak jakiegoś spotkania z aniołem. Po prostu byłem nad morzem z żoną i małymi wtedy dziećmi. Na sam koniec postanowiłem jeszcze się wykąpać, choć woda była dość zimna, a fale wysokie. Ale ostatni dzień – trzeba pożegnać się z morzem, nie?

    Koniecznie, też bym się pożegnał.

    Nawet nie pływałem, podchodziłem sobie do pierwszej fali, skakałem na nią i pozwalałem się nieść do brzegu. W pewnym momencie myślę: „No to ostatni skok, bo już zimno jest”. Skoczyłem, ale się okazało, że prąd morski się zmienił i, zamiast do brzegu, poniosło mnie ku morzu. Nie panikowałem specjalnie, próbowałem się przebić z powrotem, ale byłem już wtedy zmęczony. Myślę: „Kurczę, co tu robić? Jak zacznę machać w stronę plaży, pomyślą, że ich pozdrawiam. A krzyku nie dosłyszą”. Położyłem się więc na wodzie, żeby odpocząć i za chwilę spróbować jeszcze raz. To był błąd, bo mnie zaniosło jeszcze dalej... Już w ogóle ludzi nie rozpoznawałem na brzegu.

    Topił się Pan?

    Parę razy mnie ściągnęło pod wodę, trochę się jej napiłem. Ręce mnie bolały. Myślę: „Nie ma sensu już walczyć, i tak plaża jest niestrzeżona”. To było we Władysławowie. Więc co? No, żegnam się z życiem. Miałem wtedy 31 lat, byłem początkującym katechetą. Przyszła mi myśl: „Ciekawe, jak tam jest po drugiej stronie... Za jakieś dwie, trzy minuty się przekonam”. (śmiech)

    No i co Pan zrobił?

    Rachunek sumienia (śmiech). Tak sobie leżę i myślę: „Kurczę, jeszcze raz mnie wciągnie, to już się nie męczę. Przecież na brzegu i tak nikt nie wie, że tonę”. I tylko jeszcze taka myśl mi przemknęła przez głowę: „Panie Boże, jak mnie potrzebujesz, to mnie uratujesz”. To mi dało jakąś nową siłę: „A, jeszcze raz spróbuję się przebić przez tę falę”. Odwracam się, żeby normalnie płynąć, patrzę, a tu się do mnie zbliża jakiś, powiedzmy, młody osobnik. Myślę: „Następny amator zimnej kąpieli”. A on do mnie podpływa i pyta: „Pomóc panu?”. I tu stała się z mojej strony najgłupsza rzecz, jaką mogłem wymyślić, bo w zaskoczeniu, jak jakiś chojrak, odpaliłem: „Nie no, dam radę”. (śmiech) Pamiętam, że on na to tak lekko się uśmiechnął i powiedział: „Ja panu pomogę”. Mówię: „Skoro pan chce, to nie będę stawiał oporu”. (śmiech) Teraz się z tego śmieję. Chwyciłem go i wspólnymi siłami ruszyliśmy do brzegu; jakoś wyjątkowo szybko ta droga minęła. W pewnym momencie powiedział: „Już czuć grunt pod nogami, niech pan wstrzyma oddech, bo fala idzie”. Rzeczywiście, stanąłem, fala nad nami przeszła. Docieramy do brzegu, a tam akcja, jacyś ratownicy, ubezpieczając się liną, wchodzą do wody, ludzie się gapią. Myślę: „Ale obciach!”. Zwymiotowałem morską wodą, której się nieco nałykałem, ktoś dał mi z termosu gorącą i słodką kawę. Po dwóch, trzech minutach doszedłem do siebie i wstaję, żeby podziękować, ale mojego wybawcy nie ma. Nigdzie. Żona powiedziała, że już wcześniej chciała mu dziękować, tylko na moment zerknęła, czy ze mną jest w porządku, ale też już nie umiała go znaleźć. Dziwne, bo widziała, jak przed wejściem do wody zdejmuje ubranie, ale już nie widziała, żeby się wycierał i ubierał. Jak mógł przez tę chwilę z tym zdążyć? Z początku tłumaczyliśmy sobie jednak, że to może był ratownik, który przyszedł z jakiejś kolonii.

    A nie był?

    Hmm... Żona opowiedziała mi, jak to wyglądało z jej perspektywy. Czuła, że coś złego się dzieje, bo nigdy tak daleko nie odpływałem. Ubłagała naszego kolegę, żeby pobiegł po pomoc na sąsiednią plażę. Zanim dotarli stamtąd ratownicy, ona, czując narastającą bezradność, modliła się. Wtedy na plażę spokojnie wszedł jakiś młody facet, idąc prosto w moim kierunku. Nikt go nie prosił o pomoc. Zdjął ubranie i najzwyczajniej w świecie wszedł do tej strasznie zimnej wody, nawet się z nią nie oswajając. Popłynął prosto do mnie. Skąd się dowiedział, że potrzebuję pomocy, skoro nasz przyjaciel dopiero biegł po pomoc, a po drodze nikomu o mnie nie mówił?

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • ślązok
      02.10.2014 14:34
      Dzięki za piękną książkę i świadectwo. Kupię ją choćby po to by porównać opisywane tam zdarzenia z moimi "dziwnymi przypadkami" :-)
    • gut
      02.10.2014 15:09
      Wspaniały wywiad. Ja wiem, jak pisała pewna mistyczka, że ludzie świeccy Anioła Stróża mają z boku po lewej stronie, zaś mężczyzna, który staje się księdzem - wtedy taki Anioł Stróż, przechodzi z lewej strony na prawą stronę boku, a więc świeccy mają takiego anioła po lewej stronie a księża po prawej stronie, ich wygląd to twarz 10 latków, którzy stąpają nie dotykając ziemi.
    • Radek
      02.10.2014 17:28
      Moja firma urządziła piknik na terenach WAT w Warszawie. W tej części miasta byłem pierwszy raz w życiu. Pod koniec zabawy (po 2-3 piwach), wieczorem postanowiłem wracać do domu. Doszedłem do przystanku tramwajowego(w tym czasie zaczęły wybuchać sztuczne ognie - ostatnia atrakcja pikniku), a że nic nie jechało stanąłem (jak idiota) na środku torów żeby lepiej zobaczyć czy z lewej strony nie migną gdzieś w oddali światła tramwaju. Po krótkiej chwili poczułem jak ktoś pociągnął mnie za ramię i przez to znalazłem się z powrotem na przystanku. Gdy odwróciłem się żeby zobaczyć kto mnie pchnął zauważyłem w miejscu w którym sekundę wcześniej stałem nadjeżdżający szybko tramwaj z przeciwnej strony (prawej!). Tramwaju nie słyszałem bo akurat wybuchały sztuczne ognie. Motornicza nie zdążyła nawet zadzwonić, tylko przerażona patrzyła się na mnie. Nie wiedziałem co się dzieje. Skąd się wziął ten tramwaj, dlaczego jedzie pod prąd, kto mnie pchnął? Okazało się że na następnym przystanku był koniec trasy i na tym odcinku był tylko jeden tor po którym tramwaje jeździły w dwie strony. Nikogo nie było kto by mnie zepchnął z torów. I wtedy dotarło do mnie że to mój Anioł Stróż uratował mi życie!!! Dodam tylko, że modlę się do mojego Anioła "od zawsze". Dziękuję bardzo raz jeszcze!
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół