• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Bije – nie zabije

    Przemysław Kucharczak

    |

    Gość Katowicki 47/2013

    dodane 21.11.2013 00:00

    Niezwykły instrument. Zrabowany 71 lat temu przez Niemców zabytkowy dzwon z Leszczyn odnalazł się pod Hanowerem. Ślązacy pojechali do Niemiec go odwiedzić.

    Wisi na wieży katolickiego kościoła w Elze w Dolnej Saksonii. Waży ćwierć tony, jest na nim napis po niemiecku: „Słowo Boże trwa na wieki” i wizerunek Matki Bożej karmiącej. To dzwon „Maria”, odlany w 1617 roku dla Leszczyn w Ołomuńcu na Morawach. A odnalazł się przypadkiem.

    Niespodzianka z netu

    – Dwa lata temu Werner Miller, pasjonat lokalnej historii, wydał 20-stronicową monografię dotyczącą dwóch dzwonów w parafialnym kościele w Elze. Pięknie opisał ich historię i to, skąd pochodzą. Dodał nawet mapkę z Gliwicami, Rybnikiem i zaznaczonymi pomiędzy nimi Leszczynami – relacjonuje ks. Krzysztof Fulek, proboszcz parafii św. Andrzeja Boboli w Leszczynach.

    – Katolikom z Elze hitlerowcy też zabrali w czasie wojny ich dzwony – zaznacza.

    Dzisiaj informacje rozchodzą się błyskawicznie. Zebrane przez pana Wernera materiały trafiły do internetu. A tam znalazł je przypadkiem mieszkaniec Czuchowa w gminie Czerwionka-Leszczyny... Od niego parafianie z Leszczyn dowiedzieli się, że ich dzwon przetrwał wojnę.

    – W styczniu napisaliśmy pierwszy list do parafii Elze, prosząc o zwrot naszego dzwonu. Nie dostaliśmy odpowiedzi, więc w maju napisaliśmy ponownie – relacjonuje ks. Fulek. – Dwa miesiące później przyszła odpowiedź. Parafianie z Elze przeprosili nas, że odpowiedź tyle im zajęła, ale byli zaskoczeni i musieli ją przemyśleć. Prosili, żebyśmy ich zrozumieli, bo wielu mieszkańców ich regionu to są przesiedleńcy, m.in. właśnie ze Śląska.

    Grażyna Wistuba, wnuczka Anny Bańczyk, należała do delegacji parafii Leszczyny, która pojechała do Elze. Przywitała się z dzwonem odnalezionym na wieży tamtejszego kościoła   Grażyna Wistuba, wnuczka Anny Bańczyk, należała do delegacji parafii Leszczyny, która pojechała do Elze. Przywitała się z dzwonem odnalezionym na wieży tamtejszego kościoła Danuta Furgoł Po namyśle Rada Parafialna z Elze zdecydowała o oddaniu dzwonu Leszczynom. I to jednogłośnie. A we wrześniu przyszło zaproszenie dla delegacji ze Śląska. Parafianie z Elze pisali, że bardzo by chcieli, żeby za przekazaniem dzwonu poszło coś więcej, że chcą poznać twarze ludzi, którym ten instrument oddadzą. – Pojechaliśmy tam pod koniec października i zostaliśmy bardzo ciepło przyjęci. Choć tamtejsza Rada Parafialna zadecydowała o zwrocie dzwonu jednomyślnie, to ci parafianie, którzy są przesiedleńcami, byli zwrotowi przeciwni. Chodzi o to, że dzwon ze Śląska jest jedynym symbolem, który im przypomina o ziemi, na której się urodzili – mówi ks. Fulek. – Ich też spotkaliśmy w czasie Mszy św. w Elze, przyszli się przywitać. I wyobraź sobie, że oni też byli dla nas bardzo serdeczni. Paru z nich pochodzi z Bytomia, Zabrza, Gliwic, ale większość ze Śląska Opolskiego.

    Dzwon my wyklackali

    Odnalezienie dzwonu wzruszyło wielu mieszkańców Leszczyn. Wśród nich jest Stanisław Kucharczyk, emerytowany ślusarz-spawacz z kopalni „Dębieńsko”. Jako mały chłopiec w maju 1942 roku był świadkiem, jak Niemcy rabowali zabytkowe, parafialne dzwony. Ułożyli je na belkach na prawo od wejścia do drewnianego kościółka (dzisiaj stoi w Palowicach).

    – Miałem wtedy 6, a moja siostra Dorota 7 lat. Babcia tak nami kierowała, żebyśmy się z tymi dzwonami pożegnali – wspomina Stanisław. – Pamiętam, że ludzi do nich nie dopuszczali, że ktoś tam na nas krzyczał. Więc – według planu babci – ja nagle się rzuciłem biegiem, siostra za mną druga, a babcia niby nas goniła... Dobiegłem! Zrobiłech po tych dzwonach „klac”, za mną siostra i wreszcie babcia. Tak my te dzwony na pożegnanie „wyklackali” – wspomina.

    Babcia Stanisława Kucharczyka nazywała się Anna Bańczyk. Po rabunku dzwonów z Leszczyn oświadczyła: „Hitler chyba wojna przegro, jak już dzwony biere”. A była to przecież dopiero pierwsza połowa 1942 roku, kiedy armia niemiecka była jeszcze na fali wznoszącej. – Babcia nam też powtarzała: „Ni moga tego przeonaczyć, żeby dzwon »Maria« tela lot wzywoł ludzi do kościoła, a teroz mo być przetopiony i bydzie zabijoł ludzi”. Dlatego codziennie wieczorem musieliśmy z nią klękać i modlić się, żeby dzwony z Leszczyn jednak „obstoły”. Modliliśmy się też wtedy za tatę, który uciekł z transportu do Auschwitz i się ukrywał. Też przeżył wojnę. Intencje taty i losu naszych dzwonów towarzyszyły nam codziennie do 1945 roku. Starałem się tego nie wspominać, ale kiedy dowiedziałem się o odnalezieniu w Niemczech jednego z naszych dzwonów, to wszystko do mnie wróciło – mówi.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół