• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Krzesełko już zawsze wolne

    Przemysław Kucharczak

    |

    Gość Katowicki 46/2013

    dodane 14.11.2013 00:00

    Gerard Cieślik. Zmarł bohater słynnej piosenki „Trzej przyjaciele z boiska”. Mały łącznik, ale wielki piłkarz spoczął na cmentarzu w swoim ukochanym Chorzowie.

    To Gerard Cieślik w 1957 roku, po dekadzie stalinizmu, upokorzył na Stadionie Śląskim reprezentację Związku Sowieckiego. Strzelił tam dwie bramki Lwu Jaszynowi, jednemu z najlepszych bramkarzy w historii futbolu. To, co wtedy działo się w Polsce, w pełni zrozumieją tylko ci, którzy wówczas byli na Śląskim lub przy wielkich lampowych odbiornikach radiowych wsłuchiwali się w transmisję tego meczu.

    Fruwający człowiek

    Związek Sowiecki nieco wcześniej dwukrotnie wygrał z ówczesnymi mistrzami świata – Niemcami. Świeże były wtedy rany Polaków – stalinowskie więzienia, wymordowanie przez Sowietów polskiej elity, obsadzenie przez sowieckich oficerów najważniejszych stanowisk w polskiej armii, wywózki Ślązaków na Wschód i grabież maszyn ze śląskich fabryk... I właśnie wtedy reprezentacja Polski w piłce nożnej pokonuje Związek Sowiecki 2:1. – Jako pięcioletni bajtel byłem na tym meczu. Zapamiętałem z niego jedno – fruwającego człowieka, niesionego przez ludzi na rękach – wspomina Jerzy Watoła, który później trafił do Zarządu Ruchu Chorzów, ukochanego klubu Cieślika. Sam Gerard Cieślik skromnie wspominał później w rozmowie z dziennikarzem Andrzejem Zydorowiczem, że te dwa gole w meczu z Sowietami to właściwie nie jego zasługa, ale kolegów, którzy wypracowali te sytuacje. „Ja tylko przyłożyłem nogę” – twierdził. „Gerard, ale jak tego Jaszyna pokonałeś?” – nie ustępował Zydorowicz. „Celowałem w zegar na Stadionie Śląskim, który znajdował się za bramką” – odpowiedział mu Cieślik. I pomyśleć, że w meczu z Sowietami ten „Mały łącznik” – jak go nazywano – miał w ogóle nie zagrać. Uważano go już za zbyt starego (skończył akurat 30 lat). Dostał dodatkowe powołanie w ostatnim momencie.

    Sweter za mistrzostwo

    Kibice kochali Cieślika za jego nieprawdopodobną technikę, umiejętność „kiwania”, za szybkość i... skoczność. Bo choć miał niewiele ponad 160 cm wzrostu, w pojedynkach główkowych wygrywał nawet z prawie dwumetrowymi dryblasami! Kierował piłkę do bramki, nie sygnalizując strzału, w najmniej spodziewanej chwili, nieraz „nożycami” z przewrotki. I przede wszystkim grał na 100 procent. – Dzisiejsi piłkarze biorą za swoją grę grubą kasę. Choć Gerard Cieślik ich już w tej sprawie rozumiał, nie pojmował, jak mogą nie zostawiać na boisku serca. Jego hasłem było: „Nojlepij bydom grać nasi chopcy”, czyli wychowankowie Ruchu – wspomina J. Watoła. – W czasach, kiedy on grał, piłkarze nie otrzymywali pieniędzy. Ewentualnie dostali za zwycięstwo w Pucharze Polski lodówkę albo telewizor. Kiedyś mi powiedział: „Jurek, jak my nie wygrali, to jo sie boł iść do dom!”. Chodziło o to, że obawiał się wymówek żony, która miała nadzieję na tę lodówkę – uśmiecha się J. Watoła. W książce „Gerard Cieślik. Urodzony na boisku” Rafał Zaremba pisze, że w 1950 r. za Puchar Polski „Mały łącznik” dostał w nagrodę buty narciarskie, a rok później za tytuł mistrzowski... sweter. „Nikt w to dzisiaj nie uwierzy, ale te nagrody nas wtedy cieszyły. Po pierwsze ciężko było o to wszystko w sklepach, a po drugie nikt nie myślał wtedy, grając w piłkę, o pieniądzach” – powiedział G. Cieślik autorowi książki.

    Dobrze tylko w Chorzowie

    Władysław Szpilman i Artur Międzyrzecki m.in. jemu poświęcili piosenkę „Trzej przyjaciele z boiska: skrzydłowy, bramkarz i łącznik”. O Cieśliku był wers: „Drugi rodem jest z miasta Chorzowa”. Choć był już za życia legendą, talent majątku mu nie przyniósł. – Pamiętam, że jak miałem już warszawę, Gerard przywitał się ze mną i skomentował: „Patrz, ty już mosz samochód, a jo ni mom nic” – wspomina Alojzy Dylka, o 6 lat młodszy przyjaciel Cieślika. Alojzy najpierw podglądał grę kolegi jako junior, a później piłkarz chorzowskiego klubu Wyzwolenie. Gerard grał wtedy z nim czasem w sparingach, a później był jego trenerem w Wyzwoleniu. Choć w końcu „Mały łącznik” uzbierał na kilkuletni, enerdowski samochód marki IFA, żył skromnie. I to mimo że był kuszony przejściem do innych klubów, np. w Łodzi oferowano mu eleganckie mieszkanie. Nie był zainteresowany, choć mieszkał w ciasnocie, przed ślubem nawet w jednym pokoju z kuchnią z mamą i siostrą. Już w 1946 roku, w czasie wyjazdu Ruchu do Szkocji, dostał propozycję pozostania tam i gry w klubie jako zawodowiec, za 10 tys. funtów na początek. Dlaczego odmówił? Po latach tłumaczył dziennikarzom, że miałby wtedy pieniądze, ale nie miałby zadowolenia. A zadowolenie ma tylko z rodziną w jego kochanym Chorzowie.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół