• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Święta zamiast zdrajcy

    Przemysław Kucharczak

    |

    Gość Katowicki 45/2013

    dodane 07.11.2013 00:00

    Była w Rybniku, kiedy komuniści wyrzucali zakonnice z ich szkoły. Odwiedziliśmy siostrę Benwenutę, świadka najdramatyczniejszego wydarzenia w historii rybnickich urszulanek.

    Ma dzisiaj 80 lat. O 10 mniej niż jej zgromadzenie w Rybniku. Siostry urszulanki Unii Rzymskiej świętują właśnie 90-lecie przybycia do diecezji katowickiej. Władze Rybnika ściągnęły ten zakon w 1923 roku, bo urszulanki były znane z wychowania młodzieży w wierze w Boga i przywiązaniu do Polski. I choć świat przez te 90 lat kilkakrotnie bardzo się zmieniał, ta zasada wciąż trwała. Przeciwni jej byli Niemcy, którzy w czasie wojny zamknęli szkołę, a później komuniści.

    Ci drudzy początkowo pozwolili urszulankom prowadzić placówkę, ale potem coraz bardziej utrudniali im pracę. Na przykład w 1950 roku wizytator Mandecki zarzucił siostrom, że ich „program wychowawczy oparty jest na światopoglądzie idealistycznym, (…) pomija się w nim walkę klas, patriotyzm ludowy i wybitną rolę ZSRR”. Nauczycielom historii i geografii dostało się za to, że „nie podkreślają osiągnięć Planu 6-letniego i pomijają zagadnienia ideologiczne, np. uczennice nie opanowały dostatecznie ruchu robotniczego w Niemczech”. Wreszcie 26 lipca 1962 roku komuniści zadali ostatni cios – odebrali siostrom budynki, likwidując ich szkołę gospodarczą dla dziewcząt.

    Krawaciarze kradną sztućce

    Siostra Benwenuta Chylińska z rybnickiego klasztoru dobrze pamięta tamto najście, bo pełniła wtedy dyżur na furcie. – Przyszło kilkunastu mężczyzn. Zgodnie z instrukcją matki przełożonej wpuściłam do szkoły tylko pięciu – wspomina. Pozostałych siedmiu czekało w przedsionku. Tymczasem wpuszczeni do środka odczytali urszulankom decyzję Prezydium Miejskiej Rady Narodowej o odebraniu im budynku przy ul. Rewolucji Październikowej 22. Przełożone próbowały dyskutować, ale na darmo. Urzędnicy założyli plomby, a potem zażądali od sióstr, żeby oddały im również sąsiedni budynek przy ul. Zawadzkiego (dzisiaj Piłsudskiego). Matka przełożona kategorycznie odmówiła, bo pismo dotyczyło... tylko zaboru gmachu przy Rewolucji. Przewodniczący komisji musiał posłać urzędnika po pismo uzupełniające. Dotarło w niespełna godzinę. – Co siostra wtedy czuła? – pytamy naszą 80-letnią rozmówczynię. – Miałam poczucie krzywdy, świadomość, że dokonuje się bezprawie. Ale wie pan, że to się nie wiązało z jakąś rozpaczą? Miałyśmy ufność, że sobie poradzimy. Byłyśmy siostrami zakonnymi, miałyśmy swojego Pana Jezusa. Dużo daje świadomość, że jesteśmy zawsze w rękach Bożych – mówi siostra Benwenuta. – Ale też pamiętam, że absolutnie nie było tak, że skoro dostałyśmy nakaz, to my się będziemy teraz kłaniać i prędko go wypełniać. Ja wtedy na furcie nie byłam zbyt miła dla tych mężczyzn... Próbowałam im dać do zrozumienia, że przychodzą do nas jako rabusie. Pamiętam też, że zażądali od nas wydania sztućców, które były w szkole gospodarczej. A my: „Nie damy, bo to jest nasze. Jeśli panowie chcą wziąć, to muszą wziąć sobie sami”. I pamiętam, jak w garniturach, pod krawatami, wyciągają szuflady z tymi sztućcami... Nie mogli się pochwalić, że siostry im to oddały. Dawałyśmy im swoim zachowaniem znać, że robią coś niewłaściwego – wspomina.

    Urszulanki najostrzej postawiły się komisji przed wpuszczeniem jej na poddasze drugiego budynku, gdzie mieszkały. Siostry Benwenuta i Franciszka zagrodziły wejście wielkim kawałem dykty i przez całą noc siedziały tam na schodach na warcie. W szkole byli już też tej nocy urzędnicy, którym kazano pilnować „przejętego majątku” przed siostrami. Ten zdecydowany opór sióstr zakonnych się opłacił. W zamian za opuszczenie poddasza władze zwróciły im szkolną kaplicę i kilka pomieszczeń na mieszkania w budynku, który odebrali im jako pierwszy. – Pewnie myśleli, że znajdą na tym poddaszu nie wiadomo co, a tymczasem mieszkałyśmy tam bardzo skromnie, to było mieszkanie nieurządzone – uśmiecha się s. Benwenuta.

    Habitów nie zabrali

    Przez następne 20 lat rybnickie urszulanki, żeby zarobić na życie, katechizowały po parafiach, szyły ornaty i zwykłe kołdry, robiły ręcznie kartki świąteczne. I nie załamywały się. – Habitów nam nie zabrali. Ciągle jesteśmy sobą! – śmieje się s. Benwenuta. To, że nie dały się wyrzucić z Rybnika całkowicie, ułatwiło im ponowne uruchomienie szkoły w 1982 roku. Bardzo o to zabiegał ówczesny biskup katowicki Herbert Bednorz. Władze, choć z wielkimi oporami, zwróciły wtedy zabrane z naruszeniem prawa budynki. W hallu odzyskanego głównego gmachu siostry zastały popiersie... komunisty i renegata Juliana Marchlewskiego. To był patron Zespołu Szkół Ekonomicznych, które działały tu przez 20 lat. Siostry zastąpiły popiersie zdrajcy figurą św. Urszuli. A korytarze zapełniły się młodzieżą w mundurkach – najpierw tylko dziewczynami, teraz także chłopcami. W tym roku do licealistów i gimnazjalistów dołączyły dzieci z urszulańskiej szkoły podstawowej. I choć współczesne mody znów są temu absolutnie przeciwne, urszulanki, tak jak 90 lat temu, zarażają swoich uczniów miłością do Boga i do Polski.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół