• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Ogniste serce i mazur szlachecki

    Marta Sudnik-Paluch

    |

    Gość Katowicki 36/2013

    dodane 05.09.2013 00:00

    Wspomnienia z Rio. Wrzesień to czas, który uczniom w szkole upływa pod znakiem tematu: „Moje wspomnienia z wakacji”. A zatem zapytaliśmy o wrażenia tych, którzy uczestniczyli w – naszym zdaniem – najważniejszym wydarzeniu lata: Światowych Dniach Młodzieży.

    Podróż życia – tak o wizycie w Rio mówią Katarzyna Lisik i Anna Jarkulisz. Pierwsza z nich trafiła do Rio wprost z... Meksyku. – Byłam akurat na pielgrzymce i usłyszałam, jak księżą opiekujący się naszą grupą rozmawiają o wyjeździe na Światowe Dni Młodzieży. Od razu zapytałam, czy mogę się dołączyć – wspomina z uśmiechem Katarzyna.

    Do podróży namówiła jeszcze siostrzeńca. Dla Ani to były już trzecie ŚDM. – Byłam w Rzymie jako zwykły uczestnik i w Kolonii jako wolontariuszka. Wydawało mi się, że już wiem dużo o ŚDM, doświadczyłam ich przecież z różnych perspektyw. Dlatego początkowo nie planowałam wyjazdu do Rio – wyjaśnia. – Teraz widzę, że to była dobra decyzja, takie naładowanie akumulatorów, potwierdzenie, że nie jestem jakimś wierzącym indywiduum, mam za sobą wspólnotę. Mam wrażenie, że w pracy zawodowej, kiedy skończy się czas studiów, trudniej znaleźć takie oparcie w grupie. Trafiamy do różnych środowisk i czasem może wydawać się, że jesteśmy sami. Bo inni są albo wrogo nastawieni do wiary, albo nie chcą o niej rozmawiać, albo po prostu niechętnie się do niej przyznają – uważa.

    Głód komunikacji

    Brazylia zaskoczyła je. Przede wszystkim pogodą – nie było upałów, klimat raczej jak u nas wiosną. – W Kurytybie, gdzie początkowo mieszkaliśmy, po naszym wyjeździe spadł śnieg. Pierwszy raz od 20 lat. Chyba im przywieźliśmy taką pogodę – śmieje się Ania. Drugie zdziwienie – rozmowy z Brazylijczykami. Większość z nich kompletnie nie rozumiała żadnego języka poza portugalskim. – Po kilku dniach byliśmy już głodni porozumiewania się – opowiada Katarzyna. I znalazł się sposób – rysowanie obrazków. Domownicy w ten sposób opowiedzieli o swoim życiu. Katarzyna przyznaje, że miała problem, jak narysować, że jest inżynierem środowiska. – Mój gospodarz uczył mnie, jak się nazywają poszczególne zwierzęta, korzystając z książki swojej wnuczki. Oni naprawdę byli zainteresowani nami i tym, jak przeżywamy ŚDM. Codziennie czekali, aż wrócę i im opowiem tym językiem gestów i pojedynczych słów o swoich wrażeniach – wspomina Ania. – Brazylijczycy są bardzo otwarci, serdeczni i bezpośredni. W porównaniu z nimi my okazaliśmy się bardzo chłodni i wycofani – mówi Katarzyna. Te różnice kulturowe były przyczyną małego nieporozumienia. – Przyjechaliśmy do parafii, w której przez kilka następnych dni mieliśmy nocować. Młodzież powitała nas w sali płonącym sercem. To była sól skropiona alkoholem i podpalona. W  półmroku nasi opiekunowie wyśpiewali dla nas pieśni, a jedna z dziewczyn, przebrana za Maryję, powitała nas serdecznie. Staliśmy jak zamurowani. I okazało się, że ta nasza reakcja zaniepokoiła gospodarzy. Pytali, czy nam się nie podoba, bo nic nie mówimy. Na szczęście zrozumieli, że milczenie nie oznacza niczego złego, wręcz przeciwnie – mówi Ania. Pobyt w Brazylii pozwolił im również poznać inny sposób na życie wiarą. – On po prostu odpowiada ich żywiołowości. Zwiedzając kościoły, często widziałam starsze osoby, które wchodzą, by chwilę się pomodlić, i czynią to, dotykając figur świętych czy Maryi. Nie wiem, czy miałabym w sobie taką odwagę, żeby taki gest wykonać – mówi Katarzyna. – Czasem miałam wrażenie, że tam się dużo więcej mówi o Bogu, niż wierzy. Tam bardzo popularne są zwroty: „Bóg mi pobłogosławił” albo „Muszę się o to pomodlić”. Nie chcę ich osądzać, ale wydaje mi się, że to jednak nie był efekt głębokiej relacji z Panem Bogiem. Raczej słowne deklaracje – dodaje Ania.

    Polonia? Aaa, pietruszka!

    Co zaskakujące, ŚDM pozwoliły uczestnikom doświadczyć nie tylko wiary, ale również dumy z bycia Polakiem. – W Kurytybie jest bardzo silna Polonia. Działa tam Zespół Pieśni i Tańca „Wisła”, który pielęgnuje polskie tradycje. Tancerze mają oryginalne stroje ludowe, przywiezione przez emigrantów z Polski. W zespole tańczą nie tylko osoby o polskich korzeniach, ale także takie, które po prostu interesują się naszą kulturą – wyjaśnia Katarzyna. – Musiałam polecieć na drugi koniec świata, żeby zobaczyć, jak się tańczy mazura w strojach szlacheckich. A to wszystko na pikniku w parku im. Jana Pawła II – śmieje się Ania. W Kurytybie byli popularni, ponieważ wielu mieszkańców miało polskie korzenie albo znało kogoś, kto pochodził z Polski. – Raz podczas podróży autobusem podeszła do nas dziewczyna, która spytała, czy jesteśmy z Polski. Powiedziała, że ma na nazwisko Kaczmarek i po polsku zna jedno słowo: „pietruszka” – wspomina Ania. Po przyjeździe do Rio grupa z Polski również cieszyła się dużym zainteresowaniem. – Wszyscy od początku byli przekonani, że następne ŚDM będą u nas. A jak już zostało to oficjalnie ogłoszone, przez chwilę poczuliśmy się jak rasowi celebryci – każdy chciał mieć z nami zdjęcie – śmieje się Katarzyna. Obie zgodnie przyznają, że chciałyby, żeby atmosfera z Rio powtórzyła się w Krakowie. – Nie czuło się obcości, tylko serdeczność i życzliwość. To uczucie wzmogła jeszcze prośba o schowanie na czas Mszy św. wszystkich transparentów i flag. Wtedy naprawdę staliśmy się wspólnotą wierzących. Nie było już ważne, w jakim języku mówimy. Istotna była wspólna modlitwa – wyjaśnia Ania.

    Ważne świadectwo

    Ciągle jeszcze czują niedosyt i pewność, że największe owoce duchowe Rio przed nimi. – Tam dominowało zmęczenie fizyczne. Ale to była prawdziwa uczta duchowa. Teraz odświeżam sobie nauczanie papieża Franciszka, przypominam katechezy, w których uczestniczyłam. Jest czas na głębszą refleksję – mówi Ania. – U mnie może nie było takiego spektakularnego przeżycia. Był jednak pewien incydent, którego sens dotarł do mnie dopiero po powrocie do domu. Przed wyjazdem, kiedy czekaliśmy na autokar, zwrócił moją uwagę pewien chłopak, który kręcił się koło naszej grupy. W pewnym momencie straciłam go z oczu. Poczułam silne szarpnięcie. Zerwał mi złoty łańcuszek, na którym nosiłam malutki krzyżyk i wizerunek Matki Bożej Szkaplerznej. Strata nie zmartwiła mnie, bardziej przestraszyłam się samej napaści. Nie rozpaczałam, mimo że ten krzyżyk był dla mnie bardzo ważny – opowiada Katarzyna. – Kiedy wróciłam do pracy, nie zdążyłam jeszcze nic powiedzieć koleżankom ani o wrażeniach, ani o kradzieży. I wtedy jedna zagadnęła: „A wiesz, co papież powiedział, jak przyjechał do Brazylii? »Nie przywiozłem wam złota ani srebra, przywiozłem wam Chrystusa«”. Dzięki temu zrozumiałam, że incydent przed odlotem był znakiem. Przypomniał mi, że ważniejsze od symboli, które nosimy, jest to, jakimi jesteśmy osobami, jak świadczymy o Bogu naszym życiem – mówi.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół