• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Światło z katedry

    Joanna Bątkiewicz-Brożek

    |

    Gość Katowicki 29/2013

    dodane 18.07.2013 00:00

    Przez 32 lata był nieodłączną postacią Duszpasterstwa Akademickiego przy krypcie archikatedry Chrystusa Króla i trzymał silną dłonią stery samej katedry. Ks. Stanisław Puchała odchodzi na emeryturę.

    Nie byliście dziś do Komunii – usłyszeliśmy raz od naszego proboszcza. Objął nas przenikliwym spojrzeniem. Kiedy na niedzielnej Mszy św. pojawialiśmy się nie w komplecie, bo wyjazd, bo choroba, bo... – słyszeliśmy: „Nie było was”. Ale czuliśmy troskę, nie wyrzut. Ktoś o nas, o jednych z tysięcy parafian największej śląskiej fary, dbał. Pamiętam, kiedy w 1998 r. jako studenci dowiedzieliśmy się, że nasz „Wujek” (tak mówiło się o ks. Stanisławie) będzie proboszczem, z podziemi krypty DA poszliśmy za nim do katedry.

    Żartowaliśmy: pociągnął nas w górę. Ale tak było w rzeczywistości. To on nauczył nas (mnie) być blisko Boga i kochać Kościół. Podobnie jak tysiące narzeczonych i małżonków nie tylko na Śląsku. Od 1981 r. sześć razy do roku ks. Stanisław prowadził z Teresą i Eugeniuszem Malickimi rekolekcje typu „Marriage Encounter” dla małżeństw i przygotowanie metodą dialogową dla narzeczonych. Byliśmy wpatrzeni w tego kapłana, bo stawiał nam jasne wymagania, w narzeczeństwie, w małżeństwie. Wymagał też od siebie. Zawsze odbierał telefon, oddzwaniał mimo setek obowiązków związanych z katedrą, organizacją, sprawami przyziemnymi. Jak trzeba, przychodził do domu, by mobilizować. Dla Chrystusa. „Wstań, bierz pług i nie oglądaj się wstecz. Idź do światła” – powiedział, kiedy powinęła mi się noga. Udało mu się zapalić w śląskiej katedrze światło, które przyciągało ludzi do Boga – m.in. dzięki oprawie muzycznej, koncertom liturgia w tym kościele była duchową ucztą (zresztą z katedry zrobił istne architektoniczne cudo!). Czułam się tu jak w domu. Kiedyś moja córka bawiła się „w ślub”. Była lalka, misiu i „celebrans” – ulubiony brunatny miś. – A jak się nazywa? – pytamy z mężem. – Przecież Puchała! – pada odpowiedź. Oczywiste. Potem w zakrystii, po niedzielnej Mszy, nasze dzieci z rumieńcem na policzku dygały przed proboszczem. Czuły respekt i szacunek przed kapłanem, który przed chwilą przy ołtarzu wpatrywał się z miłością w żywego Boga. I potrafił je i nas tym miłosnym do Chrystusa spojrzeniem zarazić.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół