• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Kwiatki JP2... z cepelii

    Marta Sudnik-Paluch

    |

    Gość Katowicki 24/2013

    dodane 13.06.2013 00:00

    30. rocznica pielgrzymki. „Nasi diecezjanie są zgodni co do tego, że nie można zadowolić się oglądaniem transmisji spotkania Jana Pawła II ze światem robotniczym południowej Polski w telewizji”.

    To słowa bp. Herberta Bednorza, który tuż przed wizytą ojca świętego na Śląsku wystosował odezwę. „Zdrowi niech wybiorą się do Katowic w wielkich pieszych pielgrzymkach albo różnymi środkami lokomocji. (…) Kto może, niech wyjedzie do Katowic już w niedzielę!” – namawiał ordynariusz.

    Testowani przez władze

    Na zachętę odpowiedziały tysiące mieszkańców Śląska. Dość wspomnieć, że było to największe ówcześnie spotkanie z papieżem Polakiem. Zebranym nie przeszkadzały ulewny deszcz ani atmosfera wytworzona przez władze. Stan wojenny teoretycznie został zawieszony, ale władze i tak domagały się kontroli nad wizytą Jana Pawła II w Katowicach. – Milicja przesłała do nas oficjalne pismo, że wymagają m.in. imiennej listy osób, którym zostały wydane karty wstępu. Te dane mieliśmy przechowywać jeszcze po pielgrzymce przez kilka tygodni – wspomina ks. inf. Rudolf Brom, który był jednym z członków komitetu organizacyjnego. Perypetii związanych z przygotowaniem pielgrzymki było sporo. Władze Katowic w wielu przypadkach starały się udowodnić, że to one będą kontrolować całą sytuację. – Strażacy nie chcieli np. wypożyczyć sznurów, które miały odgrodzić trasę przejazdu papieża z lotniska do archikatedry. A milicja próbowała zmusić nas do tego, by – ze względów bezpieczeństwa – zespawać bramki oddzielające sektory. Oczywiście, powiedzieli o tym w ostatniej chwili – opowiada ks. Brom. Pielgrzymka miała być dla władzy testem nastrojów panujących wśród mieszkańców Śląska. Dlatego podczas jednego ze spotkań organizacyjnych milicja i Urząd Bezpieczeństwa zaproponowały, by pośrodku każdego sektora i w jego rogach ustawić wieżyczki, z których milicjanci mogliby monitorować uczestników spotkania. – Na tym spotkaniu ze strony kościelnej byłem tylko ja i bp Janusz Zimniak. Ten pomysł tak mnie zezłościł, że powiedziałem: „Nie będziemy z pielgrzymki papieża robić obozu w Oświęcimiu”. Proszę sobie wyobrazić, że parę godzin później Radio Wolna Europa podało informację o tej wypowiedzi. Ciekaw jestem, który z tych ubeków im o tym powiedział – zastanawia się ks. Brom. Ostatecznie porządku podczas spotkania strzegły patrole złożone z milicjanta lub żołnierza oraz kleryka. Skomplikowane również okazało się zorganizowanie najprostszych dekoracji. Na płycie lotniska stanął wysoki ołtarz zwieńczony krzyżem. Miejsce, na którym miał zasiąść papież, osłonięte było drapowaną płachtą biało-żółtego materiału. – Na początku planowaliśmy, ze krzyż będzie surową, metalową konstrukcją. Jednak kiedy spojrzało się na niego z daleka, wyglądał jak ciemna plama. Dlatego wpadliśmy na pomysł, by przybrać go gałęziami jodły i kwiatami z cepelii. Żeby zdobyć kwiaty, uruchomiliśmy znajomych w całej Polsce – wtedy nie można było, ot tak, kupić większej ilości ozdób. Podobnie było z materiałem na baldachim. Na początku miał to być zwykły spadochron, rozciągnięty na specjalnym rusztowaniu. Kilka dni przed przyjazdem papieża dostałem z aeroklubu informację, że oni jednak nie będą w stanie wypożyczyć mi spadochronu. I znowu musieliśmy zacząć myśleć kreatywnie. Udało się jakimś cudem zdobyć materiał. Baldachim uszyły siostry w Piekarach Śląskich. Wzmocniony był nylonem, bardzo grubym, więc nic nie przeciekało – opowiada ks. Rudolf. Podobnie było z ławkami, na których siedzieli biskupi i kardynałowie z papieskiej delegacji. – Mogłem zdobyć tylko drewniane, najprostsze ławki. Postanowiłem ułożyć na nich koce i siedzenia obić czerwonym suknem, żeby wyglądały jednakowo. W trakcie oczekiwania na papieża nad Katowicami kilkakrotnie przeszła burza. Po tych ulewach, kiedy biskupi siadali na ławkach, tryskały fontanny wody – wspomina organizator spotkania.

    Aplauz tych, co „na dole”

    Pierwotnie spotkanie z Janem Pawłem II miało się odbyć w Piekarach Śląskich, ale pojawiły się uzasadnione obawy, że na wzgórzu kalwaryjskim nie pomieszczą się wszyscy pielgrzymi. Aby zachować łączność z Piekarami, do Muchowca został przywieziony obraz Matki Boskiej Piekarskiej. Jego peregrynacja do parafii znajdujących się na trasie między Piekarami Śląskimi a Katowicami rozpoczęła się w ostatnią niedzielę maja, przy okazji pielgrzymki mężczyzn i młodzieńców do sanktuarium. O tym niezwykłym związku mówił Jan Paweł II na Muchowcu: „Na to spotkanie w Piekarach czekałem od roku 1978. Czekałem wytrwale i z ufnością. I wy również czekaliście wytrwale i z ufnością. Kiedy zaś stało się ono możliwe w tym roku, okazało się, że na wzgórzu piekarskim wszyscy się nie pomieścimy. I dlatego trzeba było przenieść Piekary na lotnisko w pobliżu Katowic, na którym się znajdujemy. Aby odbyć dzisiejszą papieską pielgrzymkę do Piekar, trzeba było, aby Piekary same tym razem wyruszyły na pielgrzymkę!” – zwrócił się do zebranych ojciec święty. Pierwsi pielgrzymi zaczęli pojawiać się na płycie lotniska już wczesnym rankiem. W ciągu dnia na Muchowiec przybywały tłumy wiernych. Jak wspomina Andrzej Grajewski, relacjonujący to spotkanie dla GN, wszyscy zdawali się tworzyć wspólnotę. „Każdy niósł coś swojego na to spotkanie, wspólne wszystkim były wiara, nadzieja i pragnienie miłości. Tę wspólnotę wyrażały także transparenty. Niosły je różne grupy wiekowe i zawodowe z różnych stron diecezji lub spoza niej, lecz treść sprowadzała się do jednego. Biła z nich radość ze spotkania z ojcem świętym, pragnienie umocnienia w wierze” – pisał dziennikarz GN. Papież do Katowic przyleciał helikopterem. Zebrany tłum niecierpliwie go wyczekiwał, mimo że wielu było już przemoczonych do suchej nitki. „Oto na horyzoncie pojawiły się śmigłowce. Tłum zafalował, narasta wrzawa, podniesione ręce pozdrawiały lądujące maszyny. Papieża w nich jednak nie było. (…) Wreszcie usiadła na murawie ostatnia z maszyn. Przyleciała innym kursem niż pozostałe – znad kopalni »Wujek«. Otwarły się drzwi i – olbrzymi krzyk radości oznajmił, że Jan Paweł II jest z nami. (…) Jest godzina 17.40. Słychać wycie syren z położonej w pobliżu kopalni »Staszic«. W ten sposób do owacji na lotnisku włączyli się ci, co »na dole« – górnicy” – relacjonował A. Grajewski.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół