• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Zbaw tylu, ile tu cyfr

    Przemysław Kucharczak

    |

    Gość Katowicki 16/2013

    dodane 18.04.2013 00:00

    60-lecie ślubów urszulanki. Jeździła między wioskami w Andach wozami zaprzężonymi w... lamy. Pieszo wdrapywała się nawet do wioski, która leży 5 tys. metrów n.p.m.

    To siostra Benedykta Salamon, 83-letnia urszulanka z klasztoru w Rybniku, która właśnie świętowała zakonny jubileusz. Na swój rodzinny Śląsk wróciła z Peru dopiero przed pięcioma laty. Pracowała tam przez 30 lat. Przez ten czas nie miała z kim „godać po naszymu”, więc trochę się tego oduczyła. Więcej: kiedy sama klęka przed Jezusem i zaczyna z Nim osobiście rozmawiać, robi to nie po polsku, ale po hiszpańsku. – I pomyśleć, jakie z początku w Peru robiłam po hiszpańsku błędy. Raz pomyliłam słowo „jajko” z „czwartkiem” i radośnie oświadczyłam współsiostrom: „Jutro niedziela, będziemy jeść czwartek!”. Wszystkie się śmiały. Ale przebiła mnie siostra z Holandii, kiedy pomyliła „platano”, czyli banan, i „pantalon”, czyli spodnie. Pochwaliła się nam kiedyś: „Bardzo mi smakują spodnie” – wspomina.

    Stromo i rzeka

    Pracowała w Jarpie w środkowym Peru, miejscowości położonej 3700 m n.p.m. Parafię założyli tam księża jezuici, po stu latach nieobecności kapłanów na tym terenie. San Juan de Jarpa obejmuje około pół miliona kilometrów kwadratowych, więc jezuici potrzebowali pomocy. Poprosili o nią siostry urszulanki. Z odsieczą w wysokie Andy ruszyły więc w 1978 roku Ślązaczka Benedykta i trzy inne siostry. W tej parafii było wtedy 36 szkół podstawowych i 5 średnich. Zarówno uczniowie, jak i dorośli Indianie mają ogromny głód Boga, ale brakuje ludzi, którzy mogliby im o Nim mówić. – Nauka religii w szkołach jest obowiązkowa, ale uczyli jej nauczyciele, którzy sami prawie nic nie wiedzieli o chrześcijaństwie – opowiada siostra. – Mieli za to dużo materiałów o komunizmie i materializmie, więc w czasie katechezy uczyli... materializmu. Zaczęłyśmy jeździć po wioskach, wręczać nauczycielom pomoce do katechezy i uczyć ich o Bogu. Słuchali z wielkim zainteresowaniem, bo Peruwiańczycy są bardzo otwarci na usłyszenie czegokolwiek o Panu Bogu. Gdy układają dywany z kwiatów przed procesją z Najświętszym Sakramentem, mówią o Nim: „Pójdzie tędy, tędy!”. Czuje się, że dla nich On jest żywą Osobą. Podziwiam ich. W niektórych sprawach dotyczących wiary możemy brać z nich przykład – mówi. W wioskach ukrytych wśród surowych, łysych gór siostra Benedykta Salamon katechizowała też dzieci. Zrobiła prawo jazdy i terenówką wyjeżdżała na górskie przełęcze, z których roztacza się zapierający dech w piersi widok. W wiele miejsc autem nie da się dotrzeć. Benedykta wsiadała więc na wozy zaprzężone w lamy albo dalej szła pieszo. – Bardzo dużo chodziłam po górach, więc mi teraz nogi wysiadają... Zwłaszcza przy jednej z naszych wiosek koło Jarpy trzeba było wiedzieć, którędy się wspinać, bo było bardzo stromo, a zaraz pod spodem płynęła rzeka – wspomina.

    Głowy rzucane na ulicę

    Ta praca w Andach, z której siostra Benedykta czerpała dużo radości, została nagle przerwana w 1986 roku. Za wycieraczką stojącego przed domem zakonnym w Jarpie samochodu siostry urszulanki już od pewnego czasu znajdowały kartki z napisami: „Wyjedźcie!”. Z początku to lekceważyły i nadal katechizowały Indian. Region stawał się jednak coraz bardziej niebezpieczny. Wszystko za sprawą terrorystycznej organizacji komunistów Świetlisty Szlak. Cała Polska usłyszała o niej pięć lat później, gdy w 1991 r. jej terroryści dokonali w peruwiańskich Andach egzekucji dwóch polskich franciszkanów, mieszkających wśród Indian. Przełożone Benedykty i pozostałych urszulanek z Jarpy obawiały się, że siostry też zostaną wymordowane, kiedy Świetlisty Szlak przejmie kontrolę nad Jarpą. Kazały więc urszulankom wracać do Limy, stolicy Peru. W zakonie obowiązuje posłuszeństwo. W Jarpie zostali więc z Indianami sami księża jezuici. Wkrótce Świetlisty Szlak rzeczywiście zajął wieś. – Wjechali autem z karabinami i kazali zebrać się ludziom na placu przed kościołem. Zamordowali wszystkich, którzy rządzili wioską. Terroryści oświadczyli, że od teraz wszyscy muszą siać kokę i nikomu nie wolno siać zboża. Potem jeszcze wiele razy wracali. Szpiedzy donosili im, kto w wiosce jest z ich rządów niezadowolony, więc bez słowa wchodzili do tych domów, ucinali wskazanym w donosach ludziom głowy i wyrzucali na ulicę – relacjonuje siostra Benedykta. – Ludzie, którzy nie mogli siać zboża, znaleźli się w strasznej sytuacji. Z głodu zaczęli całymi grupami uciekać do Limy. Mieszkają do dziś tysiącami na obrzeżach stolicy w domkach z jakichś kartonów. Tam nie ma biedy, tam jest nędza. Siostry urszulanki prowadzą w jednej z takich dzielnic, w Miramar, szkołę podstawową. W drugiej urszulańskiej szkole w centrum Limy dzieci, które pochodzą z bogatszych rodzin, mają obowiązek raz w tygodniu przynosić do szkoły kilogram żywności. I z tej żywności urszulanki dożywiają naszych biednych uczniów w Miramar – dodaje. Choć po latach w Jarpie sytuacja się uspokoiła, Benedykta już tam nie wróciła. Została wyznaczona na odpowiedzialną za księgowość całej prowincji sióstr urszulanek. Z początku było jej trochę żal, że już nie katechizuje. Uznała jednak, że widać teraz Jezus wezwał ją do pracy i życia ukrytego, jakie sam prowadził przez całe 30 lat, zanim zaczął publiczną działalność. Pomyślała, że takie życie też jest potrzebne w dziele zbawienia ludzi, że ona pracuje nad fundamentami, na których coś zbuduje ktoś inny. „Prowadząc życie ukryte w ekonomacie, pragnę tą pracą zbawiać dusze. Podobnie jak św. s. Faustyna Kowalska, która pragnęła zbawić tyle dusz, ile oczek robiła na drutach ja prosiłam Pana, by raczył zbawiać tylu ludzi, ile stawiam cyfr” – pisała w jednym z listów. Do Polski wróciła w 2008 roku. Wybrała dom zakonny sióstr urszulanek w Rybniku, blisko jej rodziny. Pochodzi bowiem z Bełsznicy pod Wodzisławiem. Na jubileusz 60-lecia ślubów przyjechało aż 60 jej krewnych: dzieci i wnuki braci i sióstr oraz żyjące jeszcze siostry.

    Stokroć więcej

    Kiedy w 1950 r. pod świeckim imieniem Krystyna zdała maturę w szkole sióstr urszulanek w Rybniku, siostra dyrektor rozdała absolwentkom na pamiątkę kartki z cytatami z Pisma Świętego. Krysi „trafiło się” zdanie: „Każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy”. Potraktowała to jako potwierdzenie powołania zakonnego. Zwlekała jeszcze kilka miesięcy z obawy przed reakcją taty. Powiedziała mu wreszcie, odprowadzając go na stację przed jego podróżą do sanatorium, żeby ze schodów pociągu nie mógł za bardzo protestować. Wkrótce przyjechał, żeby ją jeszcze wyciągnąć z zakonnego postulatu. Zapytała go wtedy, czy zależy mu na jej szczęściu. Ojciec potwierdził, a potem pozwolił, żeby spróbowała, czy zgromadzenie zakonne to jej droga. – I wie pan, że w życiu sprawdzają mi się słowa z tego cytatu przy maturze? Zostawiłam jeden dom, a teraz, do którego kraju pojadę, tam mam dom. I wszędzie, gdzie pojadę, mam ojców, matki i siostry – mówi siostra Benedykta.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół