• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Dziecko to nie produkt

    Marta Sudnik-Paluch

    |

    Gość Katowicki 49/2012

    dodane 06.12.2012 00:00

    Naprotechnologia. Antoni, Jan i Teodor. Według lekarzy, nie mieli szans, by się narodzić. Stało się inaczej, bo ich rodzice zaufali instruktorom naprotechnologii.

    Marta Bober, kiedy mówi o swoim synku, rozpromienia się. Teodora jest wszędzie pełno, ma swoje zdanie i doskonale wie, czego chce. – Jesteśmy małżeństwem od 2006 roku. Na początku myśleliśmy przede wszystkim o stabilizacji. O pracy na umowę na czas nieokreślony. W 2009 r. zorientowaliśmy się, że coś jest nie tak – mówi.

    Mimo starań, nie udawało im się zajść w ciążę. Jak przyznają, jeden z największych dylematów wiązał się z pytaniem, czy mówić głośno o tym problemie. – Postanowiliśmy niczego nie ukrywać, by nie potęgować presji. Otwarte przyznanie się ucinało naciski i pytania ze strony rodziny i znajomych, ciekawych, kiedy będziemy mieć dziecko – przyznaje Marta Bober.

    Nieprzekraczalne granice

    Jak wynika z szacunków, problem niepłodności dotyka ok. 15–20 proc. małżeństw w Polsce. Wynika on z wielu czynników. Jednak – jak zauważa dr Elżbieta Kortyczko, pediatra, prezes oddziału śląskiego Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Polskich – prym wiodą opóźniający się wiek kobiet zachodzących w ciążę oraz stosowanie hormonalnych środków antykoncepcyjnych. – Jeszcze kilkanaście lat temu podręczniki medycyny mówiły, że optymalny wiek do zajścia w ciążę to 21 lat. Obecnie średnia wieku pierwiastki, czyli pani rodzącej pierwsze dziecko, to 27–30 lat – mówi dr Kortyczko. Remedium na ten problem, lansowanym przez media, jest in vitro. Często pary zgłaszające się do poradni z prośbą o radę są przekonywane, że to jedyny ratunek i kierowane są do programu bez kompletu badań. – A kto chciałby być leczony bez postawienia prawidłowej diagnozy? – pyta retorycznie dr Daria Wesołowska, naprotechnolog. Niestety, w przypadku in vitro często emocje biorą górę. Trudno tutaj winić małżonków, których ból porównywany jest z bólem nowotworowym. Warto jednak podkreślić, że mają alternatywę. Leczenie, które nie wiąże się z moralnymi wątpliwościami. – To nie jest jakaś „kościółkowa metoda”. Naprotechnologia ma za sobą poważne badania – podkreśla ks. dr hab. Antoni Bartoszek, kierownik Zakładu Nauk o Rodzinie na Wydziale Teologicznym UŚ. – Wbrew obiegowym opiniom, Kościół nie sprzeciwia się in vitro jedynie z powodu uśmiercania czy kriokonserwacji „nadprogramowych” zarodków. Owszem, to jest wykroczenie przeciwko piątemu przykazaniu. Ale należy w tym widzieć także efekt zanegowania pierwszego przykazania. In vitro nie szanuje podstawowej granicy pomiędzy stworzeniem a Stwórcą. Jest jeszcze aspekt najrzadziej podejmowany, czyli przekroczenia przykazania szóstego. In vitro rozbija małżeńską jedność. W podstawowy akt miłości ingerują osoby trzecie – zauważa ks. Bartoszek. Dodaje, że pragnienie dziecka nie może usprawiedliwać „produkowania” go. Tymczasem naprotechnologia umacnia więź pomiędzy małżonkami, traktując problem niepłodności jako ich wspólny. Motywuje do pracy we dwoje. I – wbrew obiegowym opiniom – pomaga nie tylko na problemy związane z kobiecą płodnością. – Karta obserwacji modelu Creighton daje także dobre efekty, gdy mąż ma problem z jakością nasienia – przekonuje dr Wesołowska. Równie ważny jest fakt, że w przypadku napro obie strony czują się zaangażowane tak samo mocno w działanie, co scala związek. W przypadku in vitro bardzo często dochodzi do sytuacji, gdy mężczyzna czuje się odstawiony na boczny tor, a żona więcej czasu spędza z lekarzem. – Przez półtora roku terapii napro odwiedziliśmy przychodnię w Skoczowie co najmniej 50 razy. Ten okres był dla nas budujący, a nawet w jakiś sposób lubiany. Właśnie dzięki temu obowiązkowi mieliśmy dodatkowy czas dla siebie: na obiad, rozmowy i inne drobne przyjemności – wspomina Przemysław Gola, tata Jasia. Jak przyznaje Jacek Bosek, napro jest przyjazne dla mężczyzn jeszcze z innego powodu. – Mój bardzo ścisły umysł stwierdził, że coś w tym jest. To wszystko wydało mi się bardzo poukładane. Stwierdziliśmy, że nie mamy nic do stracenia – opisuje swoje pierwsze spotkanie z tą metodą.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół