• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Ślązak z wyboru

    Przemysław Kucharczak

    |

    Gość Katowicki 41/2012

    dodane 11.10.2012 00:00

    Lux ex Silesia. – Co to tak dudni? – zapytał Maciej starą Ślązaczkę, która raz na dobę przynosiła jedzenie do mieszkania w Katowicach, gdzie się ukrywał. Był 16 grudnia 1981 roku. Kobieta na to: – A, to pancry.

    Jakie pancry? – jeszcze nie rozumiał Maciej. – Idą na „Wujek” – odpowiedziała stara Ślązaczka i wyszła z mieszkania. Maciej został sam ze swoim wzburzeniem. Wkrótce dotarły do niego kolejne informacje o placu przed kopalnią „Wujek” zalanym krwią górników, o kilkudziesięciu ludziach podziurawionych kulami, w tym o dziewięciu zabitych.

    Maciej wziął kawałek papieru i napisał najsłynniejszy, najbardziej przejmujący wiersz stanu wojennego: „Idą pancry na Wujek”:

     

    Przyszli nocą w uśpiony dom

    Zabierali nas chyłkiem jak zbóje

    Drzwi zamknięte otwierał łom

    Idą, idą pancry na Wujek

     

    A gdy opadł i strach i gniew

    Stanął wybór: kopalnia strajkuje

    Choć staniała bardzo nasza krew

    Idą, idą pancry na Wujek

     

    W tłum przy bramie do matek i żon

    Z płacht na murach klejonych zlatuje

    Czarną treścią komunikat WRON

    Idą, idą pancry na Wujek

     

    Kilof, łańcuch ściska nasza dłoń

    Wózków szereg bieg czołgów wstrzymuje

    Już milicja repetuje broń

    Idą, idą pancry na Wujek

     

    Płoną znicze ku zabitych chwale

    Ale zgasła nadzieja na potem

    Gdzie twe czyste ręce generale?

    Zawracają pancry z powrotem.

     

    Na wielu stronach w internecie ten wiersz jest podpisany nazwiskiem warszawskiego poety Tomasza Jastruna. To jednak nieprawda. Jego autorem jest Maciej Bieniasz, wybitny malarz, profesor, emerytowany wykładowca Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach.

    14 października Maciej Bieniasz odbierze w katowickiej katedrze nagrodę „Lux ex Silesia”, przyznawaną ludziom najbardziej zasłużonym dla Górnego Śląska. „Lux ex Silesia” oznacza „Światło ze Śląska”. Nagrodę ustanowił w 1994 r. abp Damian Zimoń.

    Sądziłem, że tu umrę

    Maciej Bieniasz urodził się w 1938 r. w Krakowie. Skończył tam Wydział Malarstwa na ASP. Na Śląsk przyjechał w 1969 r. z żoną, która organizowała w Katowicach filię UJ – Wydział Prawa przyszłego Uniwersytetu Śląskiego.

    – Z początku byłem przerażony, bo trafiłem do blokowiska, robotniczej sypialni Katowic. Zacząłem wtedy malować cykl „Portret miasta”. Niektórzy twierdzili, że to jest raczej donos na miasto... Malowałem go w ramach katharsis, żeby nie budzić się w nocy z krzykiem: „Mamo, ratuj, gdzie ja się znalazłem?!”. Na szczęście od tamtego czasu Śląsk bardzo się zmienił, a i ja lepiej go poznałem i zrozumiałem. Teraz darzę Śląsk miłością, i to z wzajemnością. Jeśli istnieje taka kategoria jak Ślązak z wyboru, to nim jestem – podkreśla.

    Już w Katowicach urodziły się jego dzieci – Bartek i Agnieszka.

    – Sądziłem, że tu umrę i zamelduję się na Sienkiewicza w Katowicach, gdzie już jest grób żony i córki. Jednak okazało się, że zacząłem tracić wzrok. Muszę więc zamieszkać w rodzinnej Galicji, u mojego syna w Tarnowie. Syn z synową powiedzieli, że się ociemniałym dziadkiem zajmą. Czeka tam na mnie też wnuczka Marta, która niedawno była u I Komunii świętej. Jestem dla niej jedynym żyjącym dziadkiem. Siedzę właśnie na walizkach, więc tą nagrodą w jakiś sposób Śląsk mnie żegna – mówi.

    Ten wybitny malarz już nie bierze pędzla do ręki, bo twierdzi, że słabnący wzrok nie pozwala mu malować. – Pytałem panią doktor, co mi właściwie jest. Ona na to: „Jak chcesz, to ci powiem: degeneracja nerwu wzrokowego. Tu by trzeba przeszczepić głowę, a tego na razie nie robimy” – cytuje ze śmiechem profesor.

    Głupota u głosu

    Choć jest Ślązakiem z wyboru, zawsze denerwował go antagonizm Śląsk–Zagłębie. – Bardzo cenię poczucie humoru. Ale kiedy zacząłem pracę w katowickiej filii krakowskiej ASP, ze zdziwieniem zaobserwowałem, że czasem tu chodzi o coś więcej niż tylko dowcipy. Wykładowca nie brał na asystenta wybitnego studenta z drugiego brzegu rzeczki, tylko zatrudniał „swojego”. Czułem się tu jak u siebie w domu i dlatego mnie martwiło, że w ten sposób w Katowicach głupota dochodzi do głosu – mówi.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół