• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Róże od świętej

    Dagmara Drzazga

    |

    Gość Katowicki 40/2012

    dodane 04.10.2012 00:00

    Zapiski reżysera. O tym, jak Mała Tereska czuwała w trakcie podróży na Białoruś, opowiada autorka filmu „Bez jednego drzewa las lasem zostanie”.

    Nie wybierajcie się autem, mogą być kłopoty na granicy – powiedział Jurij Goroulev, dyrektor Międzynarodowego Festiwalu Filmów Chrześcijańskich „Magnificat” na Białorusi. Bardzo chcieliśmy tam pojechać – nasz film dokumentalny „Bez jednego drzewa las lasem zostanie”, opowiadający o życiu i tragicznej śmierci ks. Jana Machy z Chorzowa, zakwalifikował się do konkursu.

    Zastanawiając się nad wyborem samolotu lub pociągu, mimo wszystko zdecydowaliśmy się w końcu na samochód – to on zależy od nas, nie my od niego. Tak nam się przynajmniej wydawało. Zapakowaliśmy walizki i ruszyliśmy w drogę: ja i operator kamery Mietek Chudzik.

    Anioł z ulicy Lenina

    Na granicy nie było tak źle, formalności zajęły jakieś półtorej godziny. Odpaliliśmy maszynę i pomknęliśmy. Mińsk 363 km – poinformowała tablica. Nagle w samochodzie coś chrupnęło, zawyło i... się rozleciało. Dokładnie na pierwszym, najbardziej ruchliwym skrzyżowaniu w Brześciu, parę kilometrów od Polski. Boże drogi! Gdyby to się stało 10 minut wcześniej, nie byłoby problemu, ale teraz?! Wyskakujemy z auta i pchamy je na boczny pas. Samochody na dwupasmówce śmigają jak strzały. Nikt się nie zatrzymuje, przejechały obok dwa wozy milicyjne i też nic. Mietek biegnie do taksówkarza, który stoi na światłach, ale ten tylko nas spławia. Co tu robić? Telefonujemy do agenta towarzystwa ubezpieczeniowego – oczywiście, mogą nas odholować z powrotem, trzeba będzie jednak długo poczekać. No i z festiwalu nici – mamy wizę jednokrotnego przekroczenia granicy i drugi raz na Białoruś nas nie wpuszczą. Rozpacz! – Święta Teresko, pomóż nam! – wołam z desperacją w myślach do mojej ukochanej świętej. – Zrób coś! Nie dzieje się nic. Siedzimy na awaryjnych, a obok płynie nieprzerwany potok samochodów. – Ciekawe, czy święta Tereska rozumie po polsku? – zastanawiam się, a moją naiwność może jedynie tłumaczyć narastająca panika. Próbuję odgrzebać w pamięci francuski z liceum. Po drugiej stronie drogi zatrzymuje się srebrne audi. Podchodzi do nas wysoki mężczyzna. – Co się stało? Macie jakieś kłopoty? To Pan Edward. Jest Polakiem urodzonym – jak jego rodzice i dziadkowie – tutaj (do 17 września 1939 roku była tu przecież Polska). Ogląda nasz samochód, potem zabiera Mietka i jadą szukać jakiegoś warsztatu. Jest jednak niedziela i wszystko zamknięte. Pan Edward zapina więc linkę, podciąga nas na strzeżony parking, pomaga załatwić formalności, a potem odwozi do hotelu. Daje nam swój numer telefonu, gdybyśmy potrzebowali pomocy. Po drodze pokazuje jeszcze, gdzie jest katolicki kościół, i mówi, o której wieczorem jest ostatnia Msza św. Anioł chyba jakiś... Zamiast na uroczystym rozpoczęciu festiwalu w mińskiej archikatedrze, lądujemy w gostinicy „Bug” przy ulicy Lenina. Niezbadane są wyroki Bożej Opatrzności. Ale nie jest źle – pierwszy stres został już zażegnany. Po wieczornej Mszy św. idziemy na plebanię. – Ksiądz też człowiek – myśli słusznie Mietek – i czymś jeździć musi, więc może ma jakiegoś zaufanego mechanika? – Widziałem w kościele Pawła – zastanawia się ksiądz proboszcz Chiniewicz. – On się na samochodach zna, poczekajcie chwilę, bo może jeszcze jest. Tak naprawdę pana Pawła nie powinno tu dawno być – jego żona pracuje na granicy i już jest spóźniona na swoją zmianę, ale jakimś cudem oboje są jeszcze w kościele. Kilka minut później jedziemy na nasz nieszczęsny parking. Pan Paweł ogląda samochód i umawia warsztat na rano. W poniedziałek o siódmej czeka na Mietka pod hotelem, zawozi go na miejsce, potem jadą razem dokupić zepsutą część – poszła półośka, jak się okazało. Kilka godzin później samochód jest gotowy do dalszej drogi. Muszę dodać, że i pan Edward, i pan Paweł (jego syn pragnie wstąpić do dominikanów w Krakowie) pomagają nam bezinteresownie.

    Tu była Polska

    Straciliśmy jeden dzień festiwalu, ale zyskujemy możliwość zwiedzenia miasta i słynnej twierdzy brzeskiej, która stała się po wojnie symbolem bohaterstwa radzieckiego żołnierza. Jej obrona po agresji Niemców na ZSRR w 1941 roku obrosła legendą. Przez lata nie wspominano jednak celowo o pierwszej obronie twierdzy we wrześniu 1939 roku, kiedy to zgrupowanie „Brześć” pod dowództwem gen. Konstantego Plisowskiego toczyło krwawe walki najpierw z Niemcami, a potem z Sowietami. Warto także wiedzieć, że w jednej z fos okalających twierdzę pochowano potajemnie ks. Stanisława Brzóskę, naczelnego kapelana powstania styczniowego, powieszonego w 1865 roku. Miejsce to służyło bowiem Rosjanom już wcześniej do przetrzymywania i zabijania więźniów politycznych. Tymczasem festiwal przeniósł się z Mińska do Głubokoje (dawniej naszego Głębokiego) w obwodzie witebskim i tu dołączamy do uczestników. Organizatorzy festiwalu nie tylko zadbali o wysoki poziom prezentowanych filmów, ale chcieli także pokazać nam wiele interesujących miejsc, zwłaszcza tych związanych z sacrum. Stąd wyjazd do Mosarza – onegdaj był tu majątek Brzostkowskich (bywał u nich nawet sam król Stanisław August Poniatowski). W Mosarzu odwiedzamy kościół św. Anny, gdzie spoczywają relikwie św. Justyna męczennika i gdzie przez 20 lat działał ks. Józef Bulka. To właśnie on odremontował zniszczoną przez lata komunizmu świątynię, założył wokół piękny park, zwany dziś białoruskim Wersalem, postawił także najwyższy na Białorusi krzyż.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół