• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Tu trzeba chopa

    Franciszek Kucharczak

    dodane 29.05.2012 10:34

    Obrzydliwi egoiści, w jakich przeobrażają się dotychczasowi mężczyźni, nie mogą być wojownikami. Nie mają o co walczyć.

    Matki często krzywią się, gdy ich wychodzący z pieluch synowie chcą się bawić strzelanie, walkę na miecze czy inne patyki. Zwłaszcza te matki, które naczytały się książek o wychowaniu bez przemocy i sądzą teraz, że wychowanie dobrego człowieka wymaga zrobienia z niego pacyfisty. Moja znajoma też się krzywiła, bo jej liczna gromadka małych facetów nie wykazywała żadnych skłonności do zabaw „pokojowych”. Bardzo się więc pewnego dnia ucieszyła, gdy jej trzej synowie z kolegami oznajmili, że bawią się w sklep.

    – O, jak ładnie! A co to za sklep? Spożywczy? A może z kosmetykami? – rozmarzyła się.

    – Mama! To jest sklep z blonią! – zderzył rodzicielkę z ziemią najmłodszy.

    Mogą sobie feministki i inni zakompleksieni ludzie gadać co chcą – mężczyzna istnieje, choćby ideologię gender (teoria, że płeć jest sprawą wyboru) wbijali do głów już dzieciom w przedszkolu. Radykalnie się różnimy i dlatego tak świetnie możemy się uzupełniać.

    Kilka lat temu do mediów dostały się zdjęcia zrobione z samolotu lecącego nad dżunglą amazońską. Widać tam było plemię, do którego nie dotarła jeszcze cywilizacja. Między chatami umykały kobiety z dziećmi na rękach, zaś mężczyźni strzelali z łuków do tego olbrzymiego i warczącego ptaka.

    Nie ma tu parytetów – jest instynktowna realizacja tego, co do każdego należy i co dla społeczeństwa korzystne. To wynika z natury, bo mężczyzna jest wojownikiem z natury właśnie. Jest nim nie po to, żeby bić żonę, lecz żeby jej bronić. Żeby bronić swojego domu, bo w nim wraz z żoną są jego dzieci. To najbardziej pierwotna, a tym samym najbardziej podstawowa funkcja społeczna mężczyzn, obowiązująca do tej pory we wszystkich kulturach.

    Ale w ginącej cywilizacji Zachodu przestaje to obowiązywać – i dlatego jest ginąca. Funkcje społeczne zaczynają się mieszać, bo ludzie, zamiast realizować to, do czego zostali powołani, coraz powszechniej dbają tylko o swoją przyjemność. Do tego nie trzeba żon – wystarczą „partnerki” (lub partnerzy). A dzieci? Najlepiej, żeby ich nie było, bo kosztują, a przede wszystkim przeszkadzają. No, można sobie ewentualnie pozwolić na jedno, maskotka się przyda.

    Obrzydliwi egoiści, w jakich przeobrażają się dotychczasowi mężczyźni, nie mogą być wojownikami. Nie mają przecież o co walczyć. Czego mają bronić, skoro celem ich życia jest nachapać się ile wlezie i uniknąć alimentów? Po co się ma narażać facet, który dba tylko o prezerwatywę w kieszeni?

    Mój znajomy wiele lat temu mawiał: „Tu trzeba chopa, a nie gumy z kalesonów”.

    Ech, żeby dziś ta guma była chociaż z kalesonów…

    Felieton ukazał się w "Gościu piekarskim" z okazji pielgrzymki mężczyzn 27.05.2012

    Więcej informacji na katowice.gosc.pl

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • Marek
      31.05.2012 12:19
      Napiszę tylko nieśmiało podczas tej całej awantury, że po mojemu artykuł jest trafny. Pamiętam swoje dojrzewanie do bycia mężczyzną i wiem co mi proponowała, jako męskie wyznaczniki, prasa kolorowa.
      Nie jestem fighterem, jestem cichy i spokojny, nieco nieśmiały. Dla mnie teoria gender jest zabójcza dla młodych chłopaków, nie przyniesie ona nic prócz zniszczenia.

      Na zakończenie chcę przedstawić słowa mojej śp. babci, że "chłop jak żaba, jest silniejszy niż mocna baba"
    • Józef Bocheński
      03.06.2012 00:01
      Fanem Pana Kucharczaka nie jestem, ale przyznam, że tekst mi się spodobał. Wg mnie ten tekst jest o tym, że prawdziwy mężczyzna bierze odpowiedzialność za swoją kobietę i za swoje dzieci. Czyli - facetów na tym świecie wielu a mężczyzn, jak na lekarstwo.
    • yZqjkiFj
      27.07.2012 15:23
      Wojciech Klosowski pisze:Dziękuję za rzeczowy i korknetny głos w dyskusji. Właśnie takiej wymiany pytań i argumentf3w brakuje bardzo w naszej przestrzeni publicznej. Odpowiadam po kolei. 1. Rozumiem, że zgadzamy się obaj, że linie TRZEBA zmodernizować, tyko powstaje pytanie, w jakiej kolejności i za jakie pieniądze. Siedemsetpięćdziesiątkę na Ukrainę zostawiłbym w spokoju. I tak ostatnio niczego nie przesyła, a szkoda. Czterechsetki także. Są jakie są, mają swoje plany remontf3w, tu nie ma nic pilnego ponad to. 2. Linie 220 kV trzeba poddać analizie technicznej i ekonomicznej i wytypować odcinki, na ktf3rych przesyły są największe i przebudowa na 400 kV da największy efekt ekonomiczny. W tym celu PSE Operator powinien zamf3wić wstępne studium wykonalności (na przykład u mnie, służę, wykonuję takie analizy, ale nie pogniewam się, jak zamf3wi je u wybranych przez siebie ekspertf3w ;))). Takie studium daje porf3wnanie efektywności ekonomicznej i finansowej modernizacji linii porf3wnuje jego efektywność ekonomiczną w stosunku do alternatywnych sposobf3w zainwestowania pieniędzy. Mf3wiąc prosto: analiza taka wykaże czy taniej jest uzyskać dodatkową energię w bilansie przez przebudowę linii i zmniejszenie obecnie ponoszonych strat, czy poprzez budowę nowych źrf3deł atomowych. Nie kłf3ćmy się, tylko to policzmy: jak wyjdzie, że atom jest efektywniejszy, to ja się zgodzę. Ale zmartwię Pana trochę już to liczyłem. Pierwsza gigawatogodzina z modernizacji wychodzi DWADZIEŚCIA DWA RAZY TANIEJ, niż pierwsza gigawatogodzina z atomu. Z pokorą czekam na inne obliczenia, ktf3re to podważą.Podobne postępowanie ze stodziesiątkami: nie wszystkie na raz, tylko stopniowo, począwszy od odcinkf3w o największych przesyłach. To właśnie jedna z zalet tego kierunku inwestowania: da się to robić STOPNIOWO, etapami. A zysk energetyczny jest od razu po włączeniu każdego odcinka do sieci.3. Sprawa modernizacji linii SN we wschodniej części Polski to absolutny dramat, tu się z Panem zgadzam. Wiemy obaj, że są całe gminy, gdzie napięcie w gniazdkach rzadko przekracza 170 V. Po prostu mamy tam za duże odległości przesyłowe. To jest dramat. Mamy tam faktycznie XIX wiek. Odpowiadam szczerze: NIE WIEM, coz tym zrobić, ale obaj zdajemy sobie sprawę, że coś trzeba. 4. Oczywiście, straty na przesyłach zawsze będą, tu się zgadzamy. Ograniczamy je tylko. Przez podwojenie napięcia przesyłowego ograniczamy je czterokrotnie. 3. Kolejna rzecz w ktf3rej zgadzamy się, to nie należy pielęgnować monokultury węglowej. O tym właśnie piszę odrębny artykuł.W ogf3le Pański komentarz zasługuje na szerszą odpowiedź, ktf3rą postaram się zamieścić w najbliższym czasie. Pozdrawiam serdecznie.
    • CMPZQmmcIPHSb
      27.07.2012 15:24
      Wojciech Klosowski pisze:Dziękuję za rzeczowy głos. Właśnie tiaekj dyskusji bardzo brakuje w naszej przestrzeni publicznej. Odpowiem od końca , ale zacznę od tego, że strg ma w znacznym stopniu rację.1. Rzeczywiście modernizacja może brzmieć myląco. Podniesienie sprawności blokf3w węglowych z 30 do 45 czy nawet 55 procent, to nie sprawa drobnych zmian, ale sprawa zdemontowania części cieplnej starego bloku u wybudowania całkiem nowej instalacji na parametry nadkrytyczne czy ultranadkrytyczne. To drogie konstrukcje, korzystające z kosmicznych materiałf3w wytworf3w najnowszej inżynierii materiałowej, bo pracują w bez porf3wnania wyższych temperaturach i ciśnieniach i tradycyjne materiały by po prostu nie wytrzymały. Ale jednak przebudowy wymaga tylko część cieplna (kocioł) i częściowo mechaniczna (turbina). Natomiast cała część elektryczna (generator, przyłącze) zostaje bez zmian. To samo z częścią sterowniczą, paliwową, czy infrastrukturą towarzyszącą zmiany są niewielkie, właśnie modernizacyjne . Więc nie jest tak, że trzeba zburzyć elektrownię i zbudować nową ; trzeba zbudować nowy kocioł i turbinę. To dużo więcej, niż zwykła modernizacja, ale dużo mniej, niż nowa elektrownia.Uzyskanie dodatkowej megawatogodziny energii na drodze tiaekj przebudowy elektrowni węglowych jest ZNACZNIE TAŃSZE i jednocześnie ZNACZNIE SZYBSZE, niż taka sama megawatogodzina z atomu. Kto twierdzi inaczej zapraszam do policzenia tego.2. Uwagę o 40-procentowej sprawności niektf3rych blokf3w węglowych przyjmuję z rezerwą: nie znam takich przykładf3w i wydaje mi się to mało prawdopodobne ze względf3w czysto fizycznych: trudno uzyskać wyższą sprawność bez podnoszenia ciśnień i temperatur. A to właśnie droga w kierunku parametrf3w nadkrytycznych. Czekam na konkretne przykłady blokf3w o 40-procentowej sprawności3. Wreszcie sprawa zmniejszenia emisji CO2. Przypominam, że mf3wimy o emisji CO2 z całego systemu, a nie z jednego jego fragmentu (bo wf3wczas elektrownia jądrowa na etapie eksploatacji rzeczywiście jest praktycznie zero-emisyjna. Ale w systemie sprawa wygląda tak, że mamy nie tylko przepływy energii i emisje CO2, ale i przepływy pieniężne. Obecnie system spala tyle-a-tyle węgla, emituje z niego tyle-a-tyle CO2, wytwarzając tyle-a-tyle energii elektrycznej. Pytanie, jak zmieni się ten bilans, gdy dobudujemy blok atomowy? Nie wzrośnie emisja (ale też nie spadnie), za to dodatkowa energia (1600 MW mocy razy roczny czas pracy bloku). A teraz UWAGA wariant alternatywny: te same pieniądze przeznaczamy na przebudowę blokf3w węglowych na parametry nadkrytyczne. Według moich pobieżnych obliczeń za te same pieniądze co jeden blok atomowy można mieć 6 tys MW w blokach węglowych na parametry nadkrytyczne. Jak łatwo policzyć, mamy wf3wczas możliwość uzyskać ten sam efekt energetyczny (1600 MW nowej mocy elektrycznej) przy jednoczesnym ograniczeniu spalania węgla (o mniej-więcej jedną czwartą w tym fragmencie systemu). Przy okazji: czas tiaekj przebudowy zamknąłby się pewnie w 4-5 latach, a blok atomowy to kwestia lat piętnastu, jak dobrze pf3jdzie. Reasumując: wszystko wygląda inaczej, kiedy zaczynamy liczyć możliwe alternatywne programy inwestycyjne za te same pieniądze.Serdecznie zapraszam do dalszej dyskusji. Może skuszą się też inni dyskutanci? Przyjemniej est rozmawiać w szerszym gronie. :))
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół