• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Bombowy fundament

    Przemysław Kucharczak


    |

    Gość Katowicki

    dodane 09.05.2012 22:22

    Niewybuch 
przez 67 lat 
tkwił w murze domu w Radoszowach.


    Pocisk artyleryjski w ścianie piwnicy swojego domu znalazł Artur Woźniak z Radoszów (to granicząca z Rybnikiem dzielnica Rydułtów). Natrafił na niego w sobotę 28 kwietnia, gdy odkopał od zewnątrz ścianę swojej piwnicy, żeby ją zaizolować. – Około jednej trzeciej tego pocisku tkwiło w murze – relacjonuje.
Sądząc, że to kolejna ze starych żeliwnych rur, jakie przeszkadzały mu w kopaniu wcześniej, uderzył w zardzewiałe żelastwo kilofem. Dopiero po wyciągnięciu przedmiotu na zewnątrz zorientował się, że to pocisk artyleryjski. Leżał w ziemi i częściowo w murze na głębokości około 40 cm.
Dom Artura i jego teściowej Eugenii Stańczyk stoi dokładnie naprzeciw kościoła św. Jacka w Radoszowach. Parafianie przybywający na niedzielne Msze św. ze zdziwieniem przyglądali się czerwono-białym taśmom naprzeciw kościelnej bramy i strażakom, którzy pilnowali znaleziska.


    Hela ratuje Franka

    
Pocisk to niewybuch, pamiątka po ostrzale kościoła w Radoszowach przez wojska sowieckie. To wydarzenie doskonale pamięta Izabela Kucharczak, również mieszkanka Radoszów. Razem z rodzicami, dwiema siostrami i dwoma braćmi przebywała 26 marca 1945 roku właśnie w tym domu, pod którym w sobotę znaleziono pocisk, u swojego kuzynostwa. Miała wtedy 6 lat.
Niemcy uciekali wtedy z Rybnika do Raciborza szosą, przebiegającą przez Radoszowy. Droga była pod obstrzałem Sowietów z terenu sąsiedniej wsi Jejkowice. – Rosjanie prawdopodobnie zobaczyli jakiś błysk na wieży radoszowskiego kościoła. Uznali, że siedzi tam niemiecki obserwator, i ostrzelali nasz kościół z artylerii – wspomina Izabela Kucharczak.
W czasie tego i poprzednich ostrzałów kościół św. Jacka został uszkodzony. Raz został nawet trafiony w chwili, gdy trwało w nim nabożeństwo. Wypełnił się gryzącym dymem i kurzem, lecz cudem nikt w nim nie zginął. Nawet młodziutka Kornelka Wieczorek, grająca akurat na organach pod kościelną wieżą, na którą posypały się pociski. Później Kornelia została siostrą zakonną i przełożoną u służebniczek w Panewnikach.
Cudem nie było ofiar także w stojącym naprzeciw kościoła domu Szebeszczyków, tam, gdzie teraz znaleziono pocisk. – Mamy nie było, bo poszła wykupić kartki żywnościowe do Rydułtów – mówi Izabela Kucharczak. – Kiedy zaczęły spadać pociski, najstarsza Hela chwyciła rocznego Franka i zbiegliśmy do piwnicy. Z sąsiedniej piwnicy przybiegli do nas państwo Małkowie z dziećmi; nie wiadomo, dlaczego, może pod wpływem impulsu, żeby było im raźniej. I chwilę później właśnie w tej sąsiedniej piwnicy, z której uciekli Małkowie, wybuchł sowiecki pocisk. Wszyscy przeżyliśmy, skończyło się tylko na małej panice, kiedy po eksplozji z komina wybiły na nas sadze i wokół zrobiło się czarno.
Do dziś zachowały się zrobione w 1945 r. notatki organisty Wieczorka o tym ostrzale i o tym, co nastąpiło dzień później, we wtorek 27 marca: „Wczas rano Rosjanie znieczyścili kościół w Radoszowach. Figury: Serce P.J. pocięto mieczem po szyi (karku), św. Józef – Dzieciątku Jezus prawą rączkę ubito, św. Antoni – ciosy po lewym licu” – napisał Franciszek Wieczorek.


    Sowieci i niemieckie działo


    Po dwóch dniach od znalezienia po niewybuch przyjechali saperzy z Gliwic. Przed odjazdem powiedzieli jednak coś, co bardzo mieszkańców Radoszów zdziwiło: że pocisk jest... niemiecki, a nie sowiecki. Pochodzi z najsłynniejszego działa II wojny światowej – przeciwlotniczej „osiemdziesiątki ósemki”, działa Flak 16 kaliber 88 mm.
Zadzwoniliśmy więc do gliwickich saperów i podzieliliśmy się wątpliwościami. – W okolicy nigdy nie stała artyleria niemiecka. W dodatku pocisk znaleziono w północnej ścianie domu, czyli z kierunku, skąd strzelały działa Sowietów. Czy nie mógł to być jednak pocisk do sowieckiego działa przeciwlotniczego kaliber 85? – zapytaliśmy. – Nie, to typowy niemiecki flak 16 kalibru 88. Ale tym niemieckim działem mogli się przecież w 1945 r. posługiwać Sowieci – poinformował nas starszy chorąży Tomasz Snojkiewicz, dowódca patrolu saperskiego. – Tak było często, nie tylko w czasie II wojny światowej. Nawet we współczesnych wojnach zdarza się, że armie bronią się lub atakują przy użyciu zdobycznego sprzętu – wyjaśnił.


    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół