• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Szef wzywa

    Tekst i zdjęcia
 Marta Sudnik-Paluch


    |

    Gość Katowicki

    dodane 22.03.2012 12:56

    Czas formacji. Chcesz wiedzieć, kiedy Kafar
znalazł się w gronie świętych? Odpowiedzi
musisz szukać w Wyższym Śląskim Seminarium Duchownym.

    Mury WŚSD przekraczałam z pewną dozą niepewności. Po pierwsze dlatego, że moi znajomi zgodnie orzekli, że jako kobieta nie mam szans na napisanie artykułu o codzienności w seminarium. Kandydaci na księży na pewno nie ujawnią przede mną tajemnic – i już. A po drugie – moje wyobrażenia były raczej wypadkową stereotypów i zasłyszanych historii. Na szczęście moi rozmówcy szybko rozwiali te wątpliwości. Paweł i Piotr Sontagowie, bracia, studenci pierwszego i drugiego roku, oraz Paweł Ścibor, student trzeciego roku, redaktor gazetki seminaryjnej „Nasza Myśl”, z chęcią obalili kilka mitów na temat formacji w seminaryjnych murach.


    Mit 1: Klerycy w seminarium są zupełnie odcięci od świata

    
– Nie jesteśmy kamedułami, nie wypadamy zupełnie ze świata – przekonuje Piotr Sontag. – Mamy też internet – dodaje Paweł Sontag. Kilkanaście lat temu seminarzyści rzadziej opuszczali WŚSD. Teraz uczestniczą w zajęciach na Wydziale Teologicznym UŚ, w grupach mają kolegów i koleżanki z innych kierunków. To naturalna płaszczyzna kontaktów. Poza tym mają czas dla siebie, na swoje prywatne wyjścia. – W środy możemy rozwijać zainteresowania sportowe. Razem z kolegą chodzę wtedy na ściankę wspinaczkową na Akademię Wychowania Fizycznego – mówi Paweł Sontag. Klerycy regularnie odwiedzają pobliskie domy dziecka, ochronkę przy parafii Świętych Piotra i Pawła, ogrzewalnię św. Brata Alberta. Pomagają także siostrom kalkutkom.
Najbardziej może doskwierać brak intensywnego kontaktu z rodziną. Telefony komórkowe nie wchodzą w grę, więc nie ma SMS-ów czy telefonów o każdej porze dnia i nocy. Jednak bywa, że ta „niedogodność” jest większym problemem dla rodziców niż kleryka. – Rodzina zawsze może zadzwonić na furtę – wyjaśnia Paweł Ścibor. 


    Mit 2: Dzień seminarzysty to tylko modlitwa i nauka


    Czasu na modlitwę, wspólnotową i indywidualną, rzeczywiście jest sporo. Seminarzyści wstają o 5.30. O 6.00 rozpoczyna się półgodzinne rozmyślanie, później Msza św. O 13.15 jest czas na rachunek sumienia. 18.15 to godzina nieszporów lub nabożeństw. Od 20.00 do 22.00 jest czas na modlitwę osobistą. – Bardzo sobie to wszystko cenię. Jeśli człowiek poważnie podchodzi do takich rzeczy i rzeczywiście wykorzysta dany czas na modlitwę, medytację Pisma Świętego, gdzieś pomiędzy jeszcze „wplącze” Różaniec czy koronkę, to taki rozkład dnia pozwala naprawdę pogłębić relację z Panem Jezusem – dzieli się swoimi doświadczeniami Paweł Sontag. Do tego dochodzą dni skupienia czy rekolekcje, bardzo mocny czas pogłębiania swojej wiary. 
To aspekt formacyjny, oczywiście bardzo w seminarium istotny. Jednak na tym nie kończy się codzienna dbałość o rozwój osobisty. Oprócz środowych wyjść sportowych klerycy regularnie grają w siatkówkę albo piłkę nożną. Rozgrywane są nawet turnieje między seminariami. – Jeśli chodzi o siatkówkę, jesteśmy obecnie mistrzami Polski. Nad piłką nożną musimy jeszcze popracować, ale staramy się trzymać czołówki – chwali się osiągnięciami Paweł Ścibor. – Turnieje dużo nas uczą.
Wspólna gra to okazja nie tylko do nauki działania w grupie, ale także przekraczania własnego egoizmu. Oprócz tego klerycy rozwijają swoje talenty muzyczne (w scholi i chórze) oraz reporterskie. Paweł Ścibor opiekuje się działem poezji w seminaryjnej gazetce. – Staramy się zamieszczać w niej tematy związane zarówno z życiem naszej wspólnoty, jak i wpisujące się w nurt ogólnej dyskusji o Kościele – wyjaśnia. W tym roku „Nasza Myśl” obchodzi 60-lecie istnienia. Jej opiekunem w poprzednich latach był m.in. bp Józef Kupny.


    Mit 3: W seminarium źle karmią i panuje wojskowy dryl


    Kiedy zbierałam informacje o seminarium, któryś z redakcyjnych kolegów powiedział mi, że przed laty w refektarzu wisiał portret
o. Maksymiliana Kolbego. Złośliwi twierdzili, że święty umarł z głodu, a racje żywnościowe w seminarium są takie, że klerykom grozi to samo. – Jest bardzo dobre jedzenie i nie brakuje nam go. Powiem więcej, niektórzy przybierają kilka kilogramów – uśmiecha się Paweł Ścibor. – My wychodzimy zawsze jako ostatni. Paweł jest królem stołówki. Wspólnie rządzimy tym, co zostanie – żartuje Piotr Sontag.
– To może chociaż pruski dryl okaże się prawdą – pytam z nadzieją w głosie. Moi rozmówcy uśmiechają się znacząco. – Trudno wstawać o 5.30. Przez pierwsze pół roku dosypiałem, gdzie mogłem. Czasem nawet podczas modlitwy zapadałem w krótkie drzemki. Teraz nie ma problemu, wpadłem w ten rytm – mówi Paweł Sontag.
Starannie zaplanowany harmonogram dnia pozwala zapanować nad sporą grupą seminarzystów. W innym przypadku mogłoby skończyć się ogromnym zamieszaniem. – Mam sześciu braci, więc wspólnoty uczyłem się w domu. Rzeczywiście, w pewnym sensie to jest środowisko zamknięte i po jakimś czasie tworzy się „syndrom łodzi podwodnej”. Zupełnie inaczej reaguje się na pewne sytuacje. To bywa uciążliwe, ale ta wspólnota dużo daje – mówi Piotr Sontag.


    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół